Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Szymoniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Szymoniak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lutego 2016

Autor udostępnia książkę o Kwartalniku Fotografia



Latem ubiegłego roku Krzysztof Szymoniak niespodziewanie zniknął. Niechętnie odpowiadał na telefony i e-maile. Zaczęliśmy podejrzewać, że dzieje się z nim coś niedobrego. Sytuacja wydawała się podobna jak w filmie Porwanie Michela Houellebecqa. Szymoniak nie został porwany a z Gniezna nie wyjechał, zaszył się w swojej pustelni przepuszczając jedynie szczątkowe informacje, że intensywnie nad czymś pracuje. Tajemnica wyjaśniła się gdy Krzysztof zwrócił się do mnie (i do kilku jeszcze osób) z prośbą o kilka refleksji na temat roli jaką w fotograficznym rozwoju odegrał nieistniejący "Kwartalnik Fotografia". 




W odpowiedzi na apel Krzysztofa napisałem wtedy: "Kwartalnik Fotografia" ma w moim domu specjalna półkę na strychu, grzbiety pisma zajmują kilkanaście centymetrów, nie udało mi się zdjąć z półki wszystkich numerów na raz, ich waga okazała się ponad moje siły. Kilka chwil później wertując wybrane ‘na chybił trafił’ numery odniosłem wrażenie, że ich zawartość stanowi kompendium i zapis ważnego okresu polskiej i światowej fotografii; czasu kiedy fotografia zaczęła wybijać się na niepodległość. Jeszcze w 10 numerze Zbigniew Tomaszczuk  ubolewa nad niedocenianiem fotografii przez kuratorów i krytyków sztuki jako osobnej dziedziny sztuki. Zaledwie kilka lat później gdy ukazał się ostatni numer wrzesińskiego pisma fotografia istniała na salonach zajmowała w mediach nie mniej miejsca niż inne sztuki wizualne. Co prawda przeciętny odbiorca kultury w Polsce nie kojarzy z fotografią nazwisk innych niż Niedenthal, Sikora i Tomaszewski to przełom propagandowy już się dokonał. Niemała w tym zasługa "Kwartalnika", jego rola popularyzacyjna i edukacyjna dla fotografii jest niepodważalna. Regularne czytanie "Kwartalnika Fotografia" zacząłem dopiero od numeru 10 (2002), zbiegło się to z koniecznością znalezienia dla siebie nowego sposobu ekspresji dla skrępowanej kreatywności.

Jedne drzwi się zamknęły inne otwarły,  fotografia którą dotąd traktowałem hobbystycznie stawała się  coraz ważniejsza w moim życiu. Z czasem okazała się najważniejsza i co istotne - podążając  za Henrykiem Królem - prywatną „oazą wolności”. Temu procesowi KW cały czas towarzyszył.  "Kwartalnik Fotografia", regularne odwiedziny w Galerii PF i na poznańskim Biennale Fotografii oraz udział w bezpośrednich spotkaniach z twórcami stały się filarami na których opierała się moja spóźniona edukacja fotograficzna. W KW znajdowałem nie tylko inspiracje dla własnych poszukiwań, również zjawiska i nazwiska warte spotkania i pokazania u siebie „na wsi”.

Grupa  autorów piszących do "Kwartalnika" zawsze była elitarna i niewielka, ale za to doborowa.

Najważniejsze dla mnie pozostały jednak numery, z okresu gdy pismo prowadził Eryk; jedna z tych kilku osób, które wywarły wpływ na moje poznawanie i myślenie o fotografii.

Wiele tekstów KW ciągle nieźle się czyta, zdarza mi się do nich wracać w swojej  codziennej pracy instruktora fotografii; numer jeden pozostaje rozmowa ze Zbigniewem Liberą z numeru 15/2004. (...)

SC, 11.08.2015

Na okładce 31. numeru Kwartalnika Fotografia - Yang Yongliang "Phantom Landscape/USA Series". fot. Anna Biała (źródło Fototapeta)

Wkrótce dowiedzieliśmy się, że kilka wiosennych i letnich miesięcy życia Krzysztof poświęcił na przygotowania, zbieranie i porządkowanie materiałów, rozmowy z Waldemarem Śliwczyńskim i pozostałymi redaktorami naczelnymi, autorami tekstów i w końcu pisanie książki - nie monografii, ale za to obszernego kompendium wiedzy o tym zasłużonym czasopiśmie.
Pod koniec lata otrzymaliśmy najpierw fragmenty a potem pdf całej książki; do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy jak tytaniczną pracę wykonał by opisać fenomen wydawanego przez 13 lat, w prowincjonalnej Wrześni, jednego z najważniejszych czasopism poświęconych fotografii artystycznej.

Wkrótce pojawiła się również zła wiadomość - wydanie książki w Wydawnictwie Kropka jest w najbliższym czasie niemożliwe. Inne rozwiązania okazały się dla autora niesatysfakcjonujące lub wymagające zbyt wielu kompromisów. Ostatecznie Krzysztof Szymoniak  zdecydował się wydrukować, w formie papierowej, na własny koszt, jedynie 50 egz. dla bibliotek i autorów zawartych w książce tekstów i wspomnień. Ponadto autor zdecydował się umieścić e-booka w formie pliku pdf w sieci do ściągnięcia lub czytania on-line za darmo.
Na prośbę i za zgodą Krzysztofa Szymoniaka kopię książki umieściłem w swoich dokumentach Google i udostępniam pod linkiem (https://drive.google.com....=sharing). Plik można pobierać za darmo, czytać i rozpowszechniać do woli. Za kilka dni, po opublikowaniu nowego postu, link pojawi się w menu z prawej strony tego bloga.
Link alternatywny - Bez przysłony - na issuu >> lub książka do czytania on line...

W razie chęci nabycia książki w wersji papierowej (50 PLN) proszę kontaktować się bezpośrednio z autorem, Krzysztofem Szymoniakiem <krzysztof.b.szymoniak@gmail.com>




Książka Krzysztofa Szymoniaka o Kwartalniku Fotografia nosi tytuł Bez Przysłony. 13 lat "Kwartalnika Fotografia"; ma 412 stron i składa się z trzech części: eseju wprowadzającego w temat czasopiśmiennictwa artystycznego i fotograficznego, prehistorię i początki Kwartalnika Fotografia; mamy więc historię powstania, rozkwitu i upadku czasopisma; w części drugiej znajdujemy rozmowy z redaktorami naczelnymi, autorami i współpracownikami w tym wywiad rzeka z wydawcą Waldemarem Śliwczyńskim; wyjątkowego smaczku dodają zamieszczone w książce obszerne fragmenty Pamiętnika wydawcy i redaktora W. Śliwczyńskiego; niezwykle cenna jest (co docenimy za lat kilka) trzecia część z antologią książek, indeksami autorów, indeksami autorów fotografii i dokumentacją fotograficzną, indeksem rzeczowym.

Bez przesłony jest pomnikiem wystawionym Kwartalnikowi a pracy i zaangażowania w pismo Waldemara Śliwczyńskiego nikt już nie powinien umniejszać. Krzysztofowi udało się spojrzeć na historię Kwartalnika... z wielu stron, różnorodność relacji  i opinii stanowią o wartości tego wydawnictwa


niedziela, 22 listopada 2015

Reduta utrzymana. SBB





Skrót SBB czyli Silesian Blues Band
wytłumaczyć można również jako
SZUKAJ, BURZ i BUDUJ
 i to, moim zdaniem, jest
istotą wszelkiej
twórczości.


W ramach 9. Biennale Fotografii w Poznaniu wzięliśmy udział w Dniu Fotografii Analogowej albo Tradycyjnej (19.11.2015)

Dałem się namówić mimo, że od samego początku byłem bardzo sceptycznie nastawiony wobec pomysłów konkursu nazwanego dziwacznie Moja Wielkopolska. Analog i wystawy uzupełniającej Moja Wielkopolska. Analog (aneks). Sceptycyzm wynikał stąd, że przez lata zarówno media, prasa branżowa, galerie i festiwale jak i instytucje zajmujące się popularyzacją i edukacją (nie wyłączając organizatorów konkursów fotograficznych) wyraźnie dyskryminowały fotografów uprawiających techniki tradycyjne. Wyjątkiem i potwierdzającym zasadę była jedynie fotografia otworkowa, ze względu na swą wyjątkowość i nieprzewidywalność chętnie uprawiana przez studentów i absolwentów szkół artystycznych dzięki czemu dopuszczana została do obiegu galeryjnego. Ostatnich wiernym starym technikom i technologiom dyskryminowano na wszystkich polach, zdarzało się usłyszeć, że najlepszym miejscem dla ich zdjęć jest wysypisko śmieci (niestety, tak się właśnie stało ze znaczną częścią zbiorów Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego). Większość ortodoksów zakopała się w swoich niszach, nie marząc nawet o tym, że kiedyś los się odmieni. W pewnym momencie byłem bliski uwierzenia, że uparte trzymanie się kliszy i powiększalnika jest jedynie kosztowną, nikomu niepotrzebną fanaberią.  Nawet Najwyższy Autorytet radził aby wreszcie dać sobie spokój z ciemnią, gdy Photoshop, skaner i ploter rozwiązały odwieczny problem niedoskonałości powiększeń. Na śmietnik historii - pisze B. Biegowski w folderze wystawy - fotografię analogową wyrzuciliby najczęściej ci, którzy jeszcze kilkanaście lat temu wiele godzin spędzali w ciemni. Zapis cyfrowy przyjęli jako akt łaski i skrócenie wyroku. Wyszli z mroku. Teraz mogą wyłącznie fotografować. Jeszcze trochę czasu zajmuje ciemnia cyfrowa (o paradoksie). Siedząc w kawiarni lub wylegując się na leżaku miejskiej plaży z laptopem na kolanach można coś obrobić i wrzucić do sieci. Jest więcej czasu. Można zrobić więcej zdjęć i skupić się na autopromocji i marketingu. Wierni Starej Sztuce mogli czuć się wykluczonymi ale rzeczywistość okazała się przewrotna, analogowe reduty nie dość, że nie upadały ale zyskiwały coraz to nowych i coraz  młodszych (!) wyznawców.


Parter DOMU FOTOGRAFII 19.11.2015 r.



Władku, czy to Jezioro Łabędzie?


Nietaktem było by nie wspomnieć w tym miejscu o roli KOLEKTYWU FOTOGRAFICZNEGO ŚWIETLICA, którego członkowie zrealizowali szereg ważnych i oryginalnych projektów. Nic nie dzieje się bez przyczyny, założyciele Świetlicy Bogusław Biegowski i Witold Jagiełłowicz 30 lat temu  terminowali u Pana Króla w Trzciance, teraz wiedzę, wzbogaconą o własne doświadczenia przekazują młodzieży urodzonej w latach 90 XX w.
Ostatnia praca Kolektywu, Szklane domy to konsekwentnie zrealizowana koncepcja, której punktem wyjścia jest opowieść o cudownie odnalezionej walizce Cezarego Baryki. Walizka, zamieniona w mobilna kamerę otworkową, posłużyła jako narzędzie do rejestracji powstałych ostatnio obiektów architektonicznych, które zmieniły oblicze centrum Poznania. Świetlicy z powodzeniem udało się przerzucić pomost między tradycją a nowoczesnością. Wielkoformatowe zdjęcia postmodernistycznych budowli wykonane zostały najprostszą z możliwych techniką fotograficzną. Praca zasłużenie zwyciężyła w konkursie Moja Wielkopolska. Analog.


Kolektyw Fotograficzny Świetlica (nie cały)


Paradoksalnie do odrodzenia szlachetnej Fotografii przyczynił się internet, który uświadomił, że jest nas wielu, we wszystkich częściach świata. W internecie trwa nieustająca wymiana informacji, instrukcji, przepisów, porad - ta wiedza dostępna jest wszystkim zainteresowanym a nie tylko garstce wyznawców skupionych wobec Najwyższych Autorytetów, jak to niegdyś bywało. Jeśli umiemy dobrze szukać, to w sieci znajdziemy rozwiązanie niemal każdego problemu. Ludzie chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami, a nawet odkryciami. Choćby twórczyni cuveeolu, beerolu, ajvarolu Tina Bele z Zagrzebia, eksperymentująca z ekologicznymi wywoływaczami, których bazowymi składnikami są soki owocowe i warzywne, sosy, wino lub piwo.

Wspomniany już wcześniej Bogusław Biegowski postuluje aby proces żelatynowo-srebrowy został uznany przez UNESCO jako niematerialne dziedzictwo kultury  prawnie chronione przez rządy.



Przygotowanie do zdjęcia wszystkich uczestników wystawy, B. Biegowski (czas naświetlania 8 sek.)









Rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania. Tłum gości jaki w ostatni czwartek ok. 20.00 dotarł do pomieszczeń byłej Księgarni Adama Mickiewicza w Poznaniu wprawił w osłupienie nie tylko organizatorów. Zaprezentowane zostały niemal wszystkie techniki i technologie oparte na światłoczułości soli srebra, powiększenia duże i małe, odbitki stykowe, pinhole...
Zabrakło mi jedynie analogowych kolorów Jędrka Paszaka, jedynej w Poznaniu - jak mi się wydaje - osoby, która jeszcze samodzielnie obrabia filmy kolorowe i powiększa je pod powiększalnikiem.






W wystawie w Domu Fotografii moje prace  z 2008 r. zajmują kilka metrów na dwóch ścianach.


W tej estetyce jest mało światła... - usłyszałem przemierzają sale Domu Fotografii. Może i mało, a może akurat tyle ile potrzeba, to zależy od indywidualnego odczucia, przyzwyczajenia. Po latach oglądania ostrych, kontrastowych i nasyconych kolorami zdjęć cyfrowych zmysły większości populacji mogły przyzwyczaić się do takiego widzenia świata na fotografii, fotografie czarno-białe mogą przy tym wydać się zbyt szare i mało atrakcyjne. Polska ulokowana jest w strefie zimnej, burej i szarej, przez większą część roku niebo nad naszym krajem zasnute jest chmurami a do tego materiały na których wykonujemy odbitki, też mają swoje lata więc kontrast straciły w poprzednim wieku, dzięki temu fotografie wyglądają szlachetnie, lecz nie każdy musi to kupić.



- O co, w tym wszystkim, chodzi?  - zapewne zastanawia się Janusz Nowacki

Wcześniej na Prusa odbyło się rozstrzygniecie konkursu Moja Wielkopolska. Analog*) oraz promocja ostatniego tomiku z serii Fotografowie Wielkopolski. Wisienką na torcie cyklu miała być rozmowa Krzysztofa Szymoniaka  z Marianną Michałowską. Jeszcze nie zabrałem się za czytanie bo mój zapał ostudziła sama Pani profesor oświadczeniem, że w pewnym momencie fotografia ją znudziła i nudzi nadal.


Rozstrzygnięcie konkursu Moja Wielkopolska. Analog; jury: Michałowska <-> Biegowski <-> Tomaszczuk


Promocja ostatniego zeszytu z cyklu Fotografowie Wielkopolski
Myślenie fotografią/inne miasta
Marianna Michałowska <-> Krzysztof Szymoniak


 - - -
*) Jako uczestnikowi i niby-laureatowi konkursu, nie wypada mi się dzielić opiniami, refleksjami i ocenami imprezy. Sorry. 
Moja Wlkp. Analog - rozstrzygnięcie na stronie WBPiCAK w Poznaniu >>>
**) Okazuje się, że popularne dzisiaj Androidy nie wyświetlają 'flasha' dlatego ten link bezpośredni

czwartek, 1 października 2015

Lüneburg - mroki przeszłości i widma teraźniejszości



Muzeum w Lüneburgu, fragment ekspozycji.

Spacerując ulicami hanzeatyckiego Lüneburga często czułem się jakbym został przeniesiony w scenerię z bajek braci Grimm. Wyjątkowych zabytków jest tu może niewiele ale starówka sprawia wrażenie spójne i uporządkowane, wszędzie jest czysto i schludnie, wąskie ulice są wybrukowane a domki wyglądają jakby były zbudowane wczoraj z ciasta piernikowego. Sprawa się wyjaśnia gdy uświadomimy sobie, że Lüneburg był jednym z niewielu niemieckich miast, które uniknęły alianckich bombardowań w czasie II wojny światowej. Co prawda dwie bomby spadły na miasto, jedna z nich trafiła w stojący na bocznicy kolejowej wagon pełen robotników przymusowych, co mieszkańcy podkreślają z ubolewaniem nie wyjaśniając jednak historii do końca,  sytuacja podobna była do tej, która wydarzyła trzy dni wcześniej się w pobliskim Celle*), 11 kwietnia 1945 roku, luneburscy cywile i policjanci urządzili polowanie na zbiegów i sprawnie pojmali, tych którym udało się uciec ze zbombardowanego wagonu.

Replika zbombardowanego wagonu stoi w parku na tyłach Muzeum w Lüneburgu.

Przyznać trzeba, że lüneburczycy nie unikają swojej nazistowskiej historii, w miejskim muzeum osobna sala poświęcona jest pamiątkom 12 ciemnych lat, hitlerowskich rządów. Można na niej zobaczyć multimedialne prezentacje archiwalnych zdjęć z lat 1933-1945 i nieliczne ocalałe symbole tamtych ponurych czasów (dla wielu - lat zwycięstw i chwały). Wśród zabytków jest nawet oryginalna amerykańska bomba!
Wystawa czasowa  Zwischen Harz und Heide przybliża historię koszmarnych marszów śmierci w kwietniu 1945, kiedy zwyczajni Niemcy, wypierający dotąd nazistowskie zbrodnie, musieli się nimi zetknąć bezpośrednio. Wystawa ilustruje poziom przemocy podczas tych marszów śmierci i unaocznia, że zbrodnie zostały popełnione w miejscach publicznych; kolumny wycieńczonych więźniów przechodziły pod oknami niemieckich domów, ulicami wielu niemieckich miejscowości; już nie dało się nie widzieć i nie wiedzieć. Wystawa prezentuje też życiorysy i brutalne dokonania komendantów obozów i zwykłych strażników, rysunki i akwarele więźniów-artystów oraz zapisy video wspomnień ocalałych. Niektóre fakty wracały do mnie ze zwiększoną mocą rażenia, na jednej z plansz przedstawiona była ikonografia i opis masakry w Gardelegen, z którą wcześniej zapoznał swoich czytelników Krzysztof (Szymoniak) w pierwszym tomie Fotografiołów.**) Punktem wyjścia do rozważania o zbrodni i jej dokumentacji były wspomnienia matki Krzysztofa, naocznego świadka zbrodni w Gardelegen w 1945 roku.


Muzeum w Lüneburgu, fragment ekspozycji.

To, że Lüneburg został oszczędzony przez alianckie bombowce spowodowane mogło być bliskością Hamburga, celu znacznie istotniejszego ze względów strategicznych. (Łuny bombardowanego Hamburga były tutaj doskonale widoczne, bo oba miasta dzieli zaledwie 50 km.) Poza tym w Lüneburgu zlokalizowano 20 obozów dla robotników przymusowych, a wiele tutejszych budynków, często kościelnych, służyło im za mieszkania.
Gdy miasto dostało się pod kontrolę wojsk brytyjskich, utworzono tutaj przy Uelzener Strasse biuro przesłuchań dla niemieckich jeńców. Tutaj popełnił samobójstwo jeden z najważniejszych przywódców Trzeciej Rzeszy Heinrich Himmler. Od zakończenia wojny w Lüneburgu odbywały się procesy zbrodniarzy wojennych, w tym słynne procesy załogi obozu Bergen-Belsen 1945-1948 i Oświęcimia. Ostatnio od kwietnia do lipca 2015 trwał tutaj proces, byłego księgowego z Auschwitz-Birkenau, 94 letniego Oskara Gröninga, esesman został oskarżony o pomocnictwo w zamordowaniu co najmniej 300 tys. więźniów i skazany na 4 lata więzienia.***)


Muzeum w Lüneburgu, fragment ekspozycji.


W zasadzie pokazywanie fotografii w Niemczech to jak wożenie drzewa do lasu. Na kilka dni musiałem zapomnieć o świetnych tradycjach niemieckiej fotografii, o Auguście Sanderze, Lux Feiningerze, Leni Riefenstahl, Karlu Blossfeldt, Astrid Kirchherr a nawet o Leice. Od tej tradycji może zakręcić się w głowie. Miejsce prezentacji okazało się zabytkowe i prestiżowe, mój zestaw jest częścią większej całości (w Lüneburgu wystawiam zdjęcia wraz z kolegami Ryszardem i Piotrem a wyjazd zorganizowany był przez nasze Muzeum Regionalne).  W każdy razie, 10 wybranych prac z cyklu "Moc kamieni. Kamienne kręgi na Pomorzu" wisieć będzie w Starostwie (Landkreis Lüneburg), obok gabinetu Landrata do końca października 2015 r. Zapraszam.





Pod koniec września mieszkańcy Lüneburga żyli jednak sprawą 500 imigrantów z Syrii, którzy od niedzieli 27 września ulokowani mieli zostać w koszarach Bundeswehry, w sobotę wojsko przenosiło się do namiotów. Jak wszędzie opinie były podzielone, lewacy i liberałowie zarzucali brak współczucia bogatych Niemców dla ofiar wojen, prasa prawicowa ostrzegała przed islamskimi terrorystami. Jedynie niemiecka Matka Teresa Angela zmienia zdanie i decyzje co kilka dni. Co nam przyniosą najbliższe miesiące? Niemcy mają problem z nadmiarem wszystkiego. My Polacy, ciągle mamy nadzieję, że burza przejdzie bokiem.

 W części 2 będzie o tapecie Pani Kahle. Wkrótce.
-----||-------
*) 8 kwietnia 1945 roku w miasteczku Celle niedaleko Hanoweru na bocznicy kolejowej stał pociąg z więźniami obozów koncentracyjnych. Właśnie tego dnia dworzec stał się celem amerykańskiego nalotu. Bomby rozbiły część wagonów bydlęcych, z których udało się wydostać około 300 więźniom. Ludzie ci rozbiegli się po okolicznych lasach, a mieszkańcy miasteczka natychmiast zorganizowali obławę. (Niemieckie polowanie na zebry. Piotr Zychowicz, Rzeczpospolita. Plus Minus 2011)
Więźniowie byli tropieni jak zwierzęta, wykurzani z leśnych kryjówek i brutalnie mordowani. W masakrze nazwanej 'Celler Hasenjagd' zginęło prawie 300 osób, w tym kilkunastu Polaków. Sam lider lokalnego Hitlerjugend zamordował ponad 20 osób. Cztery dni później alianci zdobyli miasto.  Wszystko to działo się niemal w ostatniej chwili przed zajęciem miasta przez Anglosasów. Wkroczyli do Celle cztery dni później. (Rola cywilów w wojennym ludobójstwie w Historia-News)
**)  Fotografie z masakry, czyli Gardelegen mojej matki Fotografioły. Okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe, Gniezno 2012, s. 147
***) Głos i godność dla bliskich ofiar holokaustu DW >>; TV Republika >>

niedziela, 6 września 2015

Notatki z prowincji. Nasza Księgarnia


Obraz blady, zatarty. Nie idzie w głąb. Nie staje się wypukły. Rozprasza się i zanika. Tak trudno gonić za dawnym czasem. (Marek Nowakowski. Nekropolis 2. Wyd. Świat Książki. Warszawa 2008)


SC,  Księgarnia Muszyńscy, 1992. Skan fotografii 18x24 cm


Jakieś 4 lata temu pisałem z zachwytem o poświęconej fotografii książce Wojciecha Nowickiego Dno oka. Niedawno ukazała się jego kolejna pt. Odbicie, kontynuacja i rozszerzenie jednocześnie. Fotografia bardzo się przez ten czas zmieniła i chyba podupadła całkowicie, żyjemy już w erze masowej produkcji selfies i tym podobnych głupot, które nie obchodzą nikogo poza 'autorami' - na szczęście nie zmieniła się wrażliwość Nowickiego na fotografię, również na jej zmiany i nie uległ zmianie wciągający styl pisarza. Odbicie traktuje nie tylko o fotografiach (głównie dziewiętnastowiecznych, znajdowanych w muzealnych, zapomnianych archiwach, na kolekcjonerskich targach i forach, na strychach, pozyskiwane dzięki szczęśliwym przypadkom) ale i Fotografach, rekonstruując ich życiorysy i twórczość. Jest wśród nich cenny esej o zmarłym niedawno Jerzym Lewczyńskim (1924-2014). Meritum jego twórczości było założenie, że Zdjęcia - nieważne czy jego własne czy zapożyczone - są fragmentem świata, więc mogą zostać na nowo użyte, na nowo sfotografowane; są obrazami, przedmiotami, można więc kopiować  i utrwalać ich wtóre i kolejne życie.*) Znacznie bardziej obrazoburczy może być dla wielu stosunek Lewczyńskiego do technologii: technika, całe to czarowanie, o którym w nieskończoność opowiadają jego rówieśnicy, wydaje się nie mieć dla Lewczyńskiego najmniejszego znaczenia. Żadnego skomlenia, ciemniowej mitologii, nic. Powiększalniki i kuwety zamienił w pewnym momencie na drukarkę, jak się wydaje bez żalu.**) Czytając rozdział o Lewczyńskim, z wielu akapitów wyziera pasja artysty na pograniczu choroby, chęć do ocalenia pamięci wszystkiego. Zbiera skrawki, jakieś zaproszenia (nieważne czy oryginał czy ksero), notesiki z wydatkami. ***) 1 - zabezpieczyć, 2 - zebrać, 3 - udostępnić. Jego credo****) Nowicki znajduje wiele analogii z Białoszewskim, który był uchem, Lewczyński - obserwatorem, okiem; obaj lapidarni.*****)





Drugą niedawno wydaną książką o fotografii jest 3 tom Fotografiołów******) Autor w kilkunastu esejach poszukuje odpowiedzi na pytanie o czym jest fotografia? Nie chciałbym w tym miejscu zdradzać do jakich konkluzji dochodzi Krzysztof Szymoniak, bo bardziej istotna jest droga jaką do nich dochodzi. W pokonaniu tej intelektualnej podróży, podobnie jak u Nowickiego pomocne okazują się stare zdjęcia. Więcej >>>



SC, Księgarnia Muszyńscy, sierpień 2013, @ Google Maps

Zdjęcie ilustrujące dzisiejszy materiał wykonałem w 1992 r. jako ilustrację artykułu do lokalnej gazety. Przez 20 lat zmienił się nie tylko szyld i otoczenie sklepu ale również stosunek Polaków do książek i czytelnictwa.
Księgarnia Muszyńscy to rodzinny interes z bogatą historią. Jej początki sięgają 1881 roku, kiedy to księgarnię, drukarnię i skład papieru założył Teodor Kręglewski, pochodzący z Gniezna introligator (rzemieślnik zajmujący się ręcznym oprawianiem wydawnictw i zdobieniem zabytkowych opraw, pracuje w drukarni i oprawia książki), drukarz i kupiec, który, wspólnie z żoną Marią Pruchniewską, otworzył w tym mieście własne przedsiębiorstwo. Początkowo mieściła się tam introligatornia, mała drukarnia, skład papieru i księgarnia, którą poszerzono o wytwórnie zeszytów. W Wągrowcu było to miejsce szczególne, w którym młodzi ludzie kupowali zabronioną patriotyczną lekturę.
W 1920 r. jej właścicielem został Kazimierz Bonowski, który dokupił do niej nowoczesne maszyny, a także drukował tam reklamy i opakowania spożywczych produktów. Była to jedna z najważniejszych wągrowieckich film. W drukarni pracował wówczas dziadek obecnych właścicieli.
Bonowski, uczestnik powstania wielkopolskiego, prowadził ją do 1939 roku. W 1915 r., po wybuchu wojny, powołano go do armii niemieckiej i skierowano na zachodni front. Dwa lata później był dwukrotnie ranny. Po powrocie do rodzinnego miasta rozpoczął działalność wydawniczą, wydając między innymi „Orędownika Powiatu Wągrowieckiego”.
Niemcy przejęli jego zakład zaraz po zajęciu miasta, we wrześniu 1939 roku, a Bonowski wraz z rodziną został wysiedlony do Łowicza, gdzie działał w ruchu oporu i był łącznikiem Armii Krajowej. W 1944 r. gestapo aresztowało go i poddało torturom. Choć udało mu się uniknąć śmierci w więzieniu, kosztowało go to sporo zdrowia. Do Wągrowca powrócił w lutym, otwierając tam księgarnie i drukarnie. Zmarł 20 października 1945 roku.
Po wojnie księgarnie prowadziła wdowa po Bonowskim, Janina. W 1950 r. firmę upaństwowiono i przez długie lata należała do Domu Książki. Od 1963 r. jej kierownikiem był Zenon Muszyński, ojciec obecnych właścicieli. Od Domu Książki wykupił ją na początku lat dziewięćdziesiątych. W 1995 r. do spółki przystąpił jego syn Piotr Muszyński, a niedawno dołączyła do niego siostra, Monika Hoffmann. (za shemag.pl >>)

Strona Księgarni Muszyńscy: https://www.facebook.com/ksiegarnia.wagrowiec >>

-----------------------------------



---
*) Wojciech Nowicki, Odbicie, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015, s.89
**) s. 93
***) s. 97
****) s. 98
*****) s. 105
*****) Krzysztof Szymoniak. Fotografioły 3. O czym jest fotografia? Gniezno 2015

piątek, 21 lutego 2014

Być jak Jack Strong

Kraków, Park Jordana. 2012

Jack Strong to, bez dwóch zdań, najlepszy film Władysława Pasikowskiego. Po żenującym Pokłosiu nastąpił wyraźny wzrost formy reżysera. Po projekcji rozmawiałem chwilę z młodą osobą, która odebrała obraz jako zwyczajny thriller. Kontekst historyczny był dla niej nieznany a o tym, że płk. Ryszard Kukliński był prawdziwą osobą, dowiedziała się ode mnie.
W nieco przydługim wprowadzeniu (zapewne wymogi dystrybucji poza Polską) mamy pokazaną rzeczywistość polityczną PRL-u lat 60 i 70. Od połowy filmu dominuje wątek sensacyjny, i ta sensacja jest naprawdę na niezłym poziomie. Pasikowski umie poddawać widzowi fałszywe tropy, zwodzić i mieszać, na szczęście wszystko się dobrze kończy. Dla mnie film był jednak fabularnym zapisem prawdziwych wydarzeń. Wyłożona w filmie teza o motywach kierujących działaniami Pułkownika jest bardzo przekonująca. Wkrótce czeka nas premiera Kamieni na szaniec, dobrze się dzieje, że polskie kino próbuje mierzyć się z naszą najnowszą historią.




Nie brakuje w kinie polskim filmów inicjacyjnych, niestety trudno znaleźć  pozycję na poziomie choćby zbliżonym do Życia Adeli. Rozdział 1 i 2. Film jest poruszający, kiedy zapala się światło i kończą się napisy ogarnia nas - widzów - uczucie dojmującego smutku. Kiedy obraz wprowadzany był na światowe ekrany, reklamowany był jako niemal pornograficzny. Tuż po premierze, film Kechiche'a ostro skrytykowała autorka komiksu, na podstawie którego powstało Życie Adeli. Julie Maroh określiła sceny erotyczne między dwiema bohaterkami nieprawdziwymi, nieprzekonującymi i pornograficznymi. Widać, że na planie zabrakło lesbijek i przez to powstał obraz sztuczny i zimny, a pseudolesbijski seks stał się zwykłym porno. Lesbijskie lobby podkreślało, że heteroseksualny mężczyzna nie jest w stanie wiarygodnie pokazać seksu dwóch kobiet a  ten film mówi bardziej o fantazjach Kechiche'a, niż o czymkolwiek innym.
Słynne sceny zajmują może z 10 minut 180 minutowego filmu, istotne są w tej opowieści zupełnie inne sprawy. Jest to przejmujący do głębi, obraz nieszczęśliwej miłości. Życie Adeli to jeden z tych niewielu filmów, które nosimy w sobie przez wiele dni a nawet tygodni. 

Krzysztof Szymoniak. Poznań 2013. Zdjęcie analogowe.


Na portalu internetowym Gniezno24.com ukazał się niezwykle interesujący wywiad z Krzysztofem Szymoniakiem, pisarzem, poetą, nauczycielem akademickim, fotografem - moim dobrym kolegą, z którym od kilku lat utrzymuję - bardzo ważną dla mnie - artystyczną przyjaźń. Krzysztof jest jednym z niewielu mi znanych ludzi, którzy mówią to co myślą (nie owijając w bawełnę) i robią to co chcą. Można by powiedzieć jest jak Jack Strong.





Chcę być „niesprawiedliwy”. Archiwalny wywiad Krzysztofa Szymoniaka z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim

piątek, 12 kwietnia 2013

Jędrka Paszaka ORWOgrafie z dzieciństwa


 
Jak już kiedyś wspominałem, unikam na tym blogu zamieszczania materiałów związanych z moją pracą, robię to jedynie w przypadkach szczególnych, kiedy przedsięwzięcie z różnych powodów uważam za ważne, niecodzienne, zazębia się z moją prywatną niekomercyjną działalnością fotograficzną i niesie ze sobą dużo pozytywnych emocji. Dzisiaj, naśladując Krzysztofa Szymoniaka, metodą PODAJ DALEJ pragnę wydobyć z cienia Jędrka Paszka, młodego człowieka, który ma jeszcze wiele entuzjazmu dla fotografii a zaczął od poznania i doskonalenia warsztatu, swoje zamysły realizuje poruszając się w zasadzie pod prąd, wbrew powszechnym fotograficznym modom. Ma on talent do utrudniania sobie życia w imię zasad, jest chyba jedynym znanym mi fotografem, który nie posiada własnego aparatu cyfrowego (nawet w telefonie). Jest to ortodoksja, którą niezwykle szanuję i zamierzam wspierać podobnych fotografiołów kiedy tylko nadarzy się okazja.



Kilka miesięcy temu zaproponowałem Jędrzejowi przygotowanie do wystawy kilku kolorowych zdjęć w technice ORWOGRAFII. Od kilku dni mogę powiedzieć, że pomysł jest bliski finału, a jego zwieńczeniem będzie wernisaż 26 kwietnia 2013 r. Będą to zdjęcia*) jeszcze bardziej antyestetycznie przegięte niż niedawno prezentowane w tej samej galerii zdjęcia Krzysztofa Szymoniaka (wystawa jest teraz eksponowana w Gnieźnie).
Jędrzej Paszak do pracy nad wystawą wykorzystał efemeryczną - wydawało by się - już nie wykorzystywaną przez nikogo, kolorową technologię ORWO oraz pozytywowy Kodaka RA-4 Kodaka, który twórczo zmodyfikował i uprościł na własny użytek.
Kolorowe zdjęcia z nieprodukowanych już filmów kolorowych ORWO bardzo niegdyś popularnych w całych demoludach miały specyficzny urok. Zbudowane były z innych komponentów barwnikowych niż obecnie produkowane filmy do gorących procesów E-6 i C-41,  dlatego nie da się ich wywołać w tych procesach. Muszą być wywołane w specjalnym dedykowanym procesie ORWOCOLOR.


Mieszkańcy Suicide City  bez trudu zlokalizują miejsca wykonania poszczególnych kadrów ale dzięki interesującym zabiegom technologicznym, ostateczny efekt jaki udało się osiągnąć Jędrkowi jest niezwykle frapujący, mimo iż zdjęcia wykonane zostały współcześnie (2012-2013) to wydaje nam się, że pochodzą z przełomu lat 80’ i 90’ XX wieku.  Zdjęcia są eksperymentalnym powrotem do czasów dzieciństwa lat 90-tych, retrospektywną wędrówką pomiędzy wspomnieniami. Ludzka pamięć jest zawodna, wszystko zaciera się i blaknie niczym stare odbitki. Są próbą fotograficznej reprodukcji tego, co pamiętamy coraz słabiej. Mają także zwrócić uwagę na otoczenie współczesnych dzieci oraz udzielenia odpowiedzi na pytanie: Czy przez kilkanaście lat zmieniło się wiele? - napisał do mnie Jędrzej. Na kolejnych obrazach widzimy miasto dzieciństwa autora bez pomocy wehikułu czasu, konfrontując zdjęcia z rzeczywistymi miejscami i obiektami, uświadamiamy sobie, że w zasadzie od ostatnich dekad XX,  tutaj czas stoi w miejscu. Wrażenie potęguje szczególna estetyka a raczej antyestetyka tych zdjęć - żółta dominanta, głębokie czernie, nieostrości, zwichrowane piony. Obrazy Jędrka mogą być szkolnym przykładem subiektywnego dokumentu o zabarwieniu nostalgicznym. Na oryginalnych zdjęciach sprzed 30 lat i bardzo popularnych wtedy slajdach ORWO, które wielu z nas  posiada w swoich archiwach - kolory wyblakły, obraz jest już mało wyraźny a często zanikł całkowicie. Jak wspomnienia, które się zacierają a ich hierarchia się zmienia. Jedne blakną i odchodzą w głębokie rejony podświadomości inne łagodnieją ulegają idealizacji, kolejne ulegają wyostrzeniu a jeszcze inne, te traumatyczne są kasowane z dysku jakim jest nasz umysł. Tak samo zaciera się pamięć o NRD (DDR) nieistniejącym już, totalitarnym państwie niemieckim, które produkowało szeroki wachlarz materiałów fotograficznych, nadal cenionych i poszukiwanych, na internetowych aukcjach,  przez rzesze fotografów eksperymentatorów. 


Już po  po napisaniu poprzedniego akapitu zajrzałem na bloga Jędrka (Fotoamatorszczyzna) i znalazłem takie słowa: Lata 90-te były dla mnie czasem dziwnym, choć beztroskim. Wczesne dzieciństwo w Wągrowcu. Nie myślało się wtedy zbyt wiele o życiu, nie zwracało się większej uwagi na otoczenie i to co dzieje się dookoła, choć działo się naprawdę wiele. Siłą rzeczy były sprawy, które nie omijały nawet dzieciaków (...) Wszystko wydawało się sielanką, a sama mieścina ziemią obiecaną. Z biegiem lat człowiek nabiera do wszystkiego pewnego dystansu, zupełnie inaczej wszystko pamięta...lub zapomina. Wspomnienia zacierają się i blakną jak stare, kolorowe odbitki z wakacji czy szkolnej wycieczki do Ciechocinka. Po latach stwierdziłem, że nie chciałbym fundować swoim dzieciakom takiego dzieciństwa. Nie tutaj, ponieważ mam bardzo dziwne wrażenie, że nie zmieniło się tutaj wiele poza fasadą.” Ciekawa synchronia, nieprawdaż?

Jędrek Paszak jest dopiero na początku swojej fotograficznej drogi, a zaczął ją od właściwej strony -najpierw podjął mozolną pracę w celu doskonałego opanowania analogowych technik i technologii, zaczął od zmagań z ich materią. Miał to szczęście, że od razu, trafił na dobrych nauczycieli - w ŚWIETLICY, udało mu się „załapać na udział” w realizacji ostatnich ważnych projektów Kolektywu Fotograficznego, szybko stał się jednym z najbardziej aktywnych członków grupy. W krótkim czasie perfekcyjnie opanował analogowy proces czarno-biały i fotografię otworkową, teraz zgłębia i modyfikuje procesy kolorowe osiągając coraz lepsze efekty. Następnym etapem powinno być tzw. świadome fotografowanie. Liczę, że przed nim wiele ważnych projektów fotograficznych, którymi jeszcze nie raz nas zaskoczy.




Przygotowując materiały do wystawy, autor długo zastanawiał się nad adekwatnym tytułem, ostatecznie zdecydował się na tytuł Orwografie z dzieciństwa chociaż zestaw pierwotnie miał się się nazywać  Niepocztówki/Antywidokówki ale podobne tytuły miało już kilka wystaw, więc nie chciałby naśladować innych z Niepocztówkami z dzieciństwa. Jeżeli chodzi o informacje na temat samych zdjęć - napisał do mnie Jedrzej -  Cóż. Ciężko pisać mi o swojej fotografii i tłumaczyć czemu fotografuję akurat to i dlaczego wygląda to tak, a nie inaczej. Fotografuję na czuja, instynktownie. Odbiorca albo czuje to co ja,  albo po prostu tego nie kupuje. Albo każdy widzi co innego. I to bywa fajne. Myślę, że poniższy opis wystarczy. Nie ma sensu pisać elaboratu i podawać potencjalnemu odbiorcy (może jednak ktoś będzie chciał to zobaczyć i nie wyjdzie po ujrzeniu pierwszego kadru) wszystkiego na tacy.


__________
*) Wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia J. Paszaka są fotografiami oryginalnych odbitek formatu wykonanymi przez autora.

..: Notatki z prowincji :..

Notatki z prowincji. Listy z Suicide City 1.

Świat się szybko zmienia, zmienia się internet, powoli zmienia się i ten blog. Od jakiegoś czasu staje się dla mnie - jak to kiedyś p...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy