Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2016

Cimino




Michael Cimino podczas Camerimage w Łodzi. Grudzień 2000.
Zdjęcie Marcina Kaniewskiego, w dokumentacji EKF Marlon


16 lat temu Marcin Kaniewski przywiózł z Camerimage 2000 największą jak dotąd relikwię po EKF Marlon. Podczas VIII Międzynarodowego Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych w Łodzi Michael Cimino pełnił funkcję przewodniczącego międzynarodowego jury.
Cimino odszedł kilka dni temu; należę do pokolenie, które Łowcę jeleni oglądało po raz pierwszy na zamkniętym i nie do końca legalnym seansie w klubie studenckim. Trudno dziś sobie wyobrazić, że ok 100 osób oglądało film na ekranie telewizora (z kasty VHS). Był to jeden z pierwszych filmów, które pokazywały kawałek prawdy o wojnie wietnamskiej z drugiej strony i pierwszy antykomunistyczny film z zachodu.
Michael Cimino jest jednym z największych, i najbardziej niedocenionych twórców kina. Łowca jeleni, przez wielu krytyków uznany został za najlepszy amerykański obraz od czasów Ojca chrzestnego jednak kolejne filmy sukcesami nie były i w końcu reżyser na wiele lat zniknął z newsów i tabloidów. Filmów zrobił zaledwie kilka, ale nie ma wśród nich obrazu banalnego.




Kariera Michael Cimino zatrzymała się w 1980 r., po premierze znacznie - przez producentów - skróconej wersji Wrót Niebios. Szeroko rozpisana na wiele planów i auktorów epicka historia z czasów dzikiego zachodu okazała się totalną klapą, fatalne recenzje i słabe wyniki sprzedaży filmu doprowadziły do upadku wytwórnię United Artists i przejęcia jej przez MGM. Nie pomogły ani rekordowy budżet ani gwiazdorska obsada z Krisem Kristoffersonem, Jeffem Bridgesem, Christopherem Walkenem i Johnem Hurtem.
Cimino nie trafił z filmem w jego czas, wypuszczenie kilka lat później 4 godzinnej wersji reżyserskiej (directors cut) przyniosło niezłe zyski a pokazywana dwa lata temu na festiwalu w Wenecji wersja pełna, zremasterowana cyfrowo  przyjęta została entuzjastycznie.
Podobnie nie trafił w swój czas niepoprawny politycznie, uznany za wręcz rasistowski Rok Smoka z Mickey Rourke. Cóż reżyser mówił jak jest i do nikogo się nie wdzięczył, próbował lawirować między kinem popularnym a artystycznym, do tego drugiego było mu bliżej, dlatego, w końcu producenci przestali mu powierzać pieniądze na kolejne projekty.





Co lubię w kinie Cimino? Wolno rozwijające się misternie skonstruowane historie, sekwencja ukraińskiego wesela w Łowcy... trwa przeszło godzinę. To najlepsze zawiązanie akcji i scharakteryzowanie postaci jakie można sobie wyobrazić w kinie. W rozmachu scen masowych z Cimino konkurować mogło niewielu, wielka w tym zasługa operatora Vilmosa Zsigmonda (autor zdjęć do Łowca jeleni, Bliskie spotkania trzeciego stopnia i wielu innych).

poniedziałek, 21 lipca 2014

Miłość w świecie samobójców



SC, 2012. Nokiografia (C2)
Powyższa nokiografia stała się zapisem czasu i miejsca, którego w tak pięknym stanie, już na szczęście, nie zobaczymy. Wizytówka miasta, okolica dworca w SC jest tego lata wyburzana a sam budynek poddany renowacji. Wreszcie ma być nowocześnie, ładnie i funkcjonalnie, gdyby jeszcze bez problemu dało się tam swobodnie parkować - było by przepięknie.


Objezierze 2013 r. (zdjęcie cyfrowe)


W krainie samobójców jest podobnie jak w normalnym życiu tylko znacznie gorzej. Scenerie przypominają świat realnego socjalizmu, jak we wczesnych latach 80 w Polsce. Jest smutno i przygnębiająco, nikt nie potrafi się uśmiechać, wszystko otacza atmosfera beznadziei. Budynki i sprzęty posiadają widoczne ślady zużycia, funkcjonują jak komunistyczna maszyna, wszyscy wiedzą że jest zepsuta, ale nikt jej nie naprawia łudząc się, że jeszcze trochę wytrzyma. Panuje tu atmosfera jakby żywcem wyjęta z utworów Joy Division.



Gnieźnieński Flatiron building, 2014 (zdjęcie cyfrowe)


Nie jest to jednak opis realnego Suicide City a próba opowiedzenia filmu Tamten świat samobójców (Wristcutters: A Love Story). Film nie należy do nowości, wyprodukowany został w 2006 r, reżyserem i scenarzystą jest pochodzący z Chorwacji, urodzony w Zagrzebiu Goran Dukić. Obraz jest jego pełnometrażowym debiutem, inspiracją była krótka powieść Kneller's Happy Campers izraelskiego pisarza o polskich korzeniach i wykładowcy szkoły filmowej w Tel Avivie - Etgara Kereta. Doskonale czujący kino Keret, który ma na swym koncie scenariusze do filmu Meduzy, komiksów i programów telewizyjnych, zgodził się sprzedać Dukicowi prawa do sfilmowania opowieści dopiero po przeczytaniu gotowej wersji jego scenariusza. Tamten świat samobójców zdobył wiele nagród na pomniejszych festiwalach, a także otrzymał nominacje do nagrody głównej na Sundance Festival i do Independent Spirit Award.
Film jest niejednorodny stylistycznie ale to jego atut, który pogłębia jeszcze bardziej bezsens i niejednoznaczność. Samobójcy w tym świecie są samotni, w komplecie dostała się tutaj jedynie rodzina żydowskich emigrantów z Rosji. We falshbackach postaci filmu widzimy sytuacje, które sprowadziły samobójców na ten świat, okoliczności straszne i śmieszne.


Suicide City, 2012 (skan odbitki kolorowej 10x15 cm)


Gdy Zia (Patrick Fugit), bohater filmu dowiaduje się, że jego była dziewczyna również odebrała sobie życie, rusza razem z nowym kumplem Eugene – (Shea Whigham) na jej poszukiwanie. Po drodze zabierają piękną autostopowiczkę Mikal (Shannyn Sossamon), która twierdzi, że w krainie samobójców znalazła się przez pomyłkę, spotykają inne zagubione dusze i dziwaczne persony, m.in. anioła Knellera (granego przez Toma Waitsa). Tamten świat samobójców to zaskakująco lekki film, jak na opowieść o ludziach, którzy targnęli się na swoje życie. Utrzymany jest w absurdalnej, komediowej i nieco surrealistycznej poetyce, charakterystycznej dla prozy izraelskiego pisarza. Trójka postaci podróżuje samochodem po zaświatach, co zamienia historię w swoisty pośmiertny film drogi.
Największym oryginałem jest tu niewątpliwie Eugene, rockman, który zabił się bo wylał piwo na swoją gitarę elektryczną i został porażony prądem. Jego postać, wygląd i charakterystyczny akcent wzorowane są na osobie nowojorskiego muzyka o ukraińskich korzeniach - Eugene'a Hutza, lidera punk-folkowej grupy Gogol Bordello. To właśnie jego energetyczna muzyka towarzyszy bohaterom w ich peregrynacjach.
Niewątpliwą wartością dodaną filmu jest udział w nim samego Toma Waitsa a kilka jego piosenek w ścieżce dźwiękowej filmu pasują tutaj wyjątkowo dobrze.
Poza tym wszystkim jest to również film o miłości, która okazuje sięt silniejsza niż samobójcza śmierć.





poniedziałek, 31 marca 2014

Kinoperator Marian Jopp


(...) Często kończyliśmy seans po 24.00, ale w soboty czy niedziele mimo późnej godziny, podłączaliśmy pod kinowe głośniki patefon i zapraszaliśmy na zabawę. Graliśmy popularne wtedy kawałki  -  Cicha woda, Szła dzieweczka do laseczka, Wio koniku…. Za wstęp nic nie braliśmy, za to obchodziłem towarzystwo z czapką. Każdy dawał co łaska. Do czapki złotówki i 50 groszówki - zwykle tyle się uzbierało, że po zabawie liczyliśmy kasę czasem i ze dwie godziny. W ciągu dnia graliśmy w szachy, łowiliśmy ryby. Żyliśmy jak Cyganie, tylko że nie musieliśmy kraść  jak oni...


Przez wiele lat pracowałem z Panem Marianem Joppem (1931-2009), kinooperatorem w tutejszym kinie. Jego charakterystyczna sylwetka z rowerem i przyczepionym do niego wózkiem na filmy z daleka rozpoznawalna była przez starszych mieszkańców miasteczka.Wszyscy go znali i lubili a on znał wszystkich. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że tworzył swoisty koloryt lokalny.  Jego droga z domu na Rynku do kina trwała zwykle znacznie dłużej niż powinna, z każdym musiał się przywitać, wymienić wiadomościami, plotkami. Zadziwiał mnie jego specyficzny, wrodzony spryt życiowy, do każdych warunków potrafił się przystosować i z najgorszych opresji wyjść obronna ręką.
Pan Marian był świetnym gawędziarzem, posługiwał się barwnym językiem, używał wielu gwarowych słów o znaczenie, których często musiałem się go pytać. Drzwi do jego mieszkania zawsze były otwarte, schodziły się tam po wsparcie różne niebieskie ptaki ze Starówki. Pan Marian wspomagał ich kilkoma groszami lub szklanką wina ...ale nigdy za darmo. Musieli wykonać jakieś proste prace porządkowe, zamieść schody, wynieść popiół albo śmieci.
Było ostatnim reanimatorem czarno-białych telewizorów. W jego mieszkaniu stały całe kolumny zbudowane z lampowych telewizorów. Dzięki temu miał części zamienne do każdej marki i typu. Przez jego zapobiegliwości czarno-białe telewizory świeciły i grały w SC jeszcze do późnych lat 90 ub. wieku.
Marian Jopp podczas długich kinowych dyżurów snuł opowieści o swoim życiu i nieoficjalnej historii miasta, opowiadał anegdoty o mieszkańcach miasta. Jeszcze wiele lat po odejściu na emeryturę wyświetlał filmy w Kinie i Klubie Filmowym. Był chyba najstarszym aktywnym kinooperatorem w Polsce. Miał jeszcze możliwość pracy w nowoczesnym - po gruntownym remoncie - kinie ale czasów cyfryzacji już nie doczekał. Zmarł przedwcześnie - bardzo cierpiąc - w końcu zimy 2009 roku. Filmy puszczał prawie do końca. Wyszkolił wielu uczniów. Mimo, że pan Marian była powszechnie znany i co by nie mówić zasłużony dla tutejszej kultury to na jego pogrzebie zabrakło przedstawicieli władz zarówno miasta jak i powiatu.


To jedno z ostatnich zdjęć kinooperatora Mariana Joppa.
Wykonał je Daniel Hilbrecht w 2008 roku.

Najchętniej wspominał czasy gdy pracował w kinie objazdowym. Jakieś 20 lat temu zapisałem rozmowę z p. Marianem dla lokalnego pisma - Dwutygodnika Pałuckiego. Po lekkiej kosmetyce tekstu zdecydowałem się na zamieszczenie go w tym blogu aby zachować ułamek rzeczywistości, która minęła już bezpowrotnie.
W pierwotną wersję tekstu, wplotłem fragmenty wiersza Osipa Mandelsztama Kinematograf*) pełniące tam rolę przerywników. Dziwny tytuł WIDZIDŁO PRZYJECHAŁO zaproponował sam bohater opowieści gdyż tak właśnie w wielu wielkopolskich wsiach nazywano kino. Najbardziej żałuję, że nie zrobiłem mu więcej zdjęć, niech więc przerywnikami będą te nieliczne, które się zachowały.


-----------

 

WIDZIADŁO PRZYJECHAŁO

 

Już jako dziecko bardzo lubiłem chodzić do kina. Przed wojną stało ono na rynku, tam gdzie dzisiaj jest hotel Pani Małeckiej. Operator nastawiał płytę z muzyką i puszczał film. Pierwszy jaki widziałem to był Pat i Pataszon, muzyka grała ...a oni się trzepali. Pamiętam też Flipa i Flapa, komedie Chaplina. Bilety były dość drogie - 50 groszy a bułka kosztowała wtedy 5 groszy. W czasie okupacji nadal chodziliśmy z kolegami do kina, było ono w tym samym miejscu co dzisiaj, tylko filmy były inne. Wyłącznie niemieckie, rysunkowe i deutsche kroniki. Były też miłosne - ale na te nas nie bileterzy nie wpuszczali.
Kino było dla nas jedyna rozrywką. Skąd mieliśmy pieniądze na bilety? Chodziliśmy całą paczką na targ. Jeden porwał ze straganu główkę kapusty, drugi 2 jajka. Potem to sprzedawaliśmy i starczało na bilety dla wszystkich. Tak my szabrowali...
W 1951 roku dostałem pracę w kinie w Wągrowcu. Byłem krótko po wypadku, nie mogłem ciężko fizycznie pracować, a ta robota mi się zawsze podobała. Była przyjemna i czysta – zresztą proszę popatrzeć - ręce do dzisiaj mam gładkie. Z początku musiałem robić wszystko co należy do ucznia, sprzątać, dźwigać skrzynki z filmami. Trwało to niecały rok, bo w 1952 r. wzięli mnie do wojska.
Tam rozmowa była krótka:
- Gdzieście pracowali?
- W kinie!
- Umiecie?
- Umiem!
- To wystąp! Do kabiny marsz!

Przesiedziałem w kinie garnizonowym 3 lata. Filmy były wyłącznie ruskie, chińskie i koreańskie. Najczęściej graliśmy Iwana Groźnego i wszystkie o rewolucji i Leninie jak Pancernik Potiomki czy Październik. Zdarzały się komedie Pastuch i świniarka, Świat się śmieje – artyści na swoich babajach grali, a wojsko się śmiało. Musieliśmy często zmieniać filmy, bo inaczej żołnierze otwarcie i głośno wyrażali swoje niezadowolenie.




W 1954 roku skończyłem służbę i chciałem wrócić do kina ale mój etat był już zajęty. Zgłosiłem się do Zarządu Kin w Poznaniu, gdzie zaproponowali mi pracę w kinie ruchomym. Tak zaczęło się moje cygańskie, wspaniałe życie.
Jako wyposażenie dostałem aparat Elew 22 do jednej ręki i kasety z filmami do drugiej. Kierownik dostał bilety, druki raportów - wsadzili nas z tym wszystkim do pociagu i wyjechaliśmy w trasę - Leszno, Kościan, Jarocin... Dostawaliśmy 18 złotych diety i graliśmy 24 dni w miesiącu, codziennie w innej miejscowości. Wszystko było świetnie zorganizowane. Z tej wsi gdzie mieliśmy grać, sołtys musiał wysłać - po nas - chłopa z końmi i wozem na stacje, zakwaterować, nakarmić - dać obiad, kolację i śniadanie. Następnego dnia inny chłop musiał nas zawieźć do kolejnej wsi.




Na wozie jechaliśmy czasem i po 5 kilometrów, na zimę dostawaliśmy ciepłe buty, kożuchy i mocną herbatę. Nie graliśmy w takich komfortowych warunkach jak dzisiaj, tylko w szkołach, remizach, stodołach.
Z początku graliśmy tylko tam, gdzie był prąd. Potem dostaliśmy samochód Lublin i woziliśmy własny agregat. Mogliśmy wyświetlać filmy w najmniejszych pipidówkach, jeździliśmy więc do najdalszych zakątków województwa. W ten sposób objeżdżaliśmy całą Wielkopolskę Ostrów, Leszno, Kalisz… tylko do Wronek niechętnie jeździliśmy, bo miasto cieszyło się zła sławą z powodu sławnego kicia.




Często graliśmy w wioskach gdzie ludzie po raz pierwszy widzieli kino. Jak na ekranie leciał samolot  to oni chowali się pod ławki. Zdarzało się przyjeżdżamy do wsi, gdzie były cztery chałupy na krzyż, ustawiałem ekran, projektor z drugiej strony, przyszli starsi ludzie ...i posiadali w stronę aparatu - na mnie się patrzyli. Przeważnie graliśmy filmy wojenne, bo ludzie chcieli jeszcze oglądać, to co jeszcze doskonale pamiętali.
Często kończyliśmy seans po 24.00, ale w soboty czy niedziele mimo późnej godziny, podłączaliśmy pod kinowe głośniki patefon i zapraszaliśmy na zabawę. Graliśmy popularne wtedy kawałki  -  Cicha woda, Szła dzieweczka do laseczka, Wio koniku…. Za wstęp nic nie braliśmy, za to obchodziłem towarzystwo z czapką. Każdy dawał co łaska, do czapki leciały złotówki i 50 groszówki - zwykle tyle się uzbierało, że po zabawie liczyliśmy kasę czasem i ze dwie godziny. W ciągu dnia graliśmy w karty, szachy, łowiliśmy ryby. Żyliśmy jak Cyganie, tylko że nie musieliśmy kraść  jak oni...





Tak zwyczajnie jak dzisiaj to ja się nie ubierałem tylko według najnowszej mody. Miałem tyrolki trzy razy szyte, brązowe albo czarne, brązowe spodnie z wełny, koszule w kratę czerwono-zieloną, marynarę w dużą kratę, ramiona takie szerokie, że garbatego by wyprostowała, elegancki pasek, ładne uczesanie, ząbki jeszcze były! Do tego portfel zawsze był wypchany. Ja w każdej miejscowości miałem narzeczoną i teściową!
Jak widziadło przyjechało do wsi to wszystkie dziewuchy się kąpały i z kufrów wyciągały najlepsze suknie. Życie było wspaniałe, ale w końcu postanowiłem się ustatkować, ożenić i wrócić do Wągrowca. Dyrekcja poszła mi na rękę. Zwrócili się do Miejskiej Rady Narodowej z propozycją: jeśli znajdziecie mieszkanie to damy wam samochód i człowieka, który Wasze społeczeństwo rozweseli. Naczelnik Łokietek dał mieszkanie po jednej babci na Placu Paszkowa, wymalowali je dla mnie a nawet piec postawili. Przywiozłem żonę z Ostrowa i ruszyłem w trasę. Dostałem samochód z kierowcą i kierownika (ś.p. Kazika Łubińskiego). Chociaż był pięć lat starszy ode mnie to uczyłem go zawodu. Jeździliśmy po całym powiecie: Łaziska, Mieścisko, Ochodza, Pawłowo Żeńskie, Skoki, Sierniki. Potem jak wyposażyli nas w duże aparaty na szeroką taśmę to jeździliśmy tylko do większych miejscowości jak Rybowo, Mieścisko, Pawłowo Żońskie.
Żona jednak kazała mi zostawić to kino ruchome, chciała żebym o stałej godzinie wracał do domu. Po prawie 20 latach wróciłem do kina Przyjaźń na stałe. Odszedłem z kina objazdowego, a Łubiński jeszcze wiele lat objeżdżał wioski z projektorem i taśmami. Jeszcze 20 lat pracowałem w kinematografii i w 1990 roku odszedłem na emeryturę. Za 40 lat pracy dostaję 1.200.000 miesięcznie, chociaż dostałem srebrny krzyż zasługi i złotą i srebrną odznakę honorowego kinooperatora. Do tej pory z największą nostalgią wspominam jednak czasy kiedy do wsi z WIDZIADŁEM przyjeżdżałem.

Druga część opowieści, już o życiu osiadłym to już zupełnie inna historia. Małżeństwo, dzieci, wnuki, rozwód, kino stałe, dom kultury, narodziny i pogrzeby...







108. Tribute to Marian. Film z 2002 r. który nagralismy z Jarkiem Cibailemna na 50-lecie pracy kinooperatora Mariana Joppa. Film nagrany został na taśmie VHS. W 2007 r. na 55-lecie pracy p. Mariana został przemontowany przez Władysława Nielipińskiego. W filmie p. Marian opowiada o swojej 20-letniej pracy w kinie objazdowym. Odwiedzał regularnie z kinem objazdowym 108 miasteczek i wsi w powiecie wągrowieckim przez całe lata 60-te i 70-te XX w.


*) Fragmenty wiersza Osipa Mandelsztama z 1913 roku Kinematograf w tłumaczeniu Marii Leśniewskiej...

 Kinematograf
Kinematograf. Nędzna salka.
Sentymentalne podniecenie.
Hrabianka piękna jak marzenie,
l ścigająca ją rywalka.

piątek, 21 lutego 2014

Być jak Jack Strong

Kraków, Park Jordana. 2012

Jack Strong to, bez dwóch zdań, najlepszy film Władysława Pasikowskiego. Po żenującym Pokłosiu nastąpił wyraźny wzrost formy reżysera. Po projekcji rozmawiałem chwilę z młodą osobą, która odebrała obraz jako zwyczajny thriller. Kontekst historyczny był dla niej nieznany a o tym, że płk. Ryszard Kukliński był prawdziwą osobą, dowiedziała się ode mnie.
W nieco przydługim wprowadzeniu (zapewne wymogi dystrybucji poza Polską) mamy pokazaną rzeczywistość polityczną PRL-u lat 60 i 70. Od połowy filmu dominuje wątek sensacyjny, i ta sensacja jest naprawdę na niezłym poziomie. Pasikowski umie poddawać widzowi fałszywe tropy, zwodzić i mieszać, na szczęście wszystko się dobrze kończy. Dla mnie film był jednak fabularnym zapisem prawdziwych wydarzeń. Wyłożona w filmie teza o motywach kierujących działaniami Pułkownika jest bardzo przekonująca. Wkrótce czeka nas premiera Kamieni na szaniec, dobrze się dzieje, że polskie kino próbuje mierzyć się z naszą najnowszą historią.




Nie brakuje w kinie polskim filmów inicjacyjnych, niestety trudno znaleźć  pozycję na poziomie choćby zbliżonym do Życia Adeli. Rozdział 1 i 2. Film jest poruszający, kiedy zapala się światło i kończą się napisy ogarnia nas - widzów - uczucie dojmującego smutku. Kiedy obraz wprowadzany był na światowe ekrany, reklamowany był jako niemal pornograficzny. Tuż po premierze, film Kechiche'a ostro skrytykowała autorka komiksu, na podstawie którego powstało Życie Adeli. Julie Maroh określiła sceny erotyczne między dwiema bohaterkami nieprawdziwymi, nieprzekonującymi i pornograficznymi. Widać, że na planie zabrakło lesbijek i przez to powstał obraz sztuczny i zimny, a pseudolesbijski seks stał się zwykłym porno. Lesbijskie lobby podkreślało, że heteroseksualny mężczyzna nie jest w stanie wiarygodnie pokazać seksu dwóch kobiet a  ten film mówi bardziej o fantazjach Kechiche'a, niż o czymkolwiek innym.
Słynne sceny zajmują może z 10 minut 180 minutowego filmu, istotne są w tej opowieści zupełnie inne sprawy. Jest to przejmujący do głębi, obraz nieszczęśliwej miłości. Życie Adeli to jeden z tych niewielu filmów, które nosimy w sobie przez wiele dni a nawet tygodni. 

Krzysztof Szymoniak. Poznań 2013. Zdjęcie analogowe.


Na portalu internetowym Gniezno24.com ukazał się niezwykle interesujący wywiad z Krzysztofem Szymoniakiem, pisarzem, poetą, nauczycielem akademickim, fotografem - moim dobrym kolegą, z którym od kilku lat utrzymuję - bardzo ważną dla mnie - artystyczną przyjaźń. Krzysztof jest jednym z niewielu mi znanych ludzi, którzy mówią to co myślą (nie owijając w bawełnę) i robią to co chcą. Można by powiedzieć jest jak Jack Strong.





Chcę być „niesprawiedliwy”. Archiwalny wywiad Krzysztofa Szymoniaka z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim

sobota, 18 stycznia 2014

Są takie chwile

Annette Funicello i Frankie Avalon w scenie z filmu Beach Blanket Bingo
wyświetlanego w kinie samochodowym na Florydzie w 1965 r. 
Henry Groskinsky -Time & Life Pictures/Getty Images.

Tłem filmowej opowieści Bena Stillera The Secret Life of Walter Mitty jest likwidacja istniejącego od 1883 r. magazynu LIFE. Film jest pochwałą poświęcenia i wytrwałości. Grany przez samego Stillera, tytułowy Walter Mitty jest niepozornym pracownikiem działu negatywów we wspomnianym magazynie. Poznajemy go w momencie zamykania pisma. Zespół przygotowuje ostatni numer. Na okładce umieszczone ma być zdjęcie wybitnego fotografa Seana O'Connella (Sean Penn), negatywu nikt nie widział i nie wiadomo gdzie jest. Walter Mitty postanawia więc odnaleźć fotografa i wydobyć od niego oryginał. 
Tyle fikcyjnej opowieści z prawdziwą historią w tle.

Pismo LIFE należało do koncernu kierowanego przez Henry'ego Robinsona Luce (1898-1963), antykomunistę i filantropa, który wiek XX nazywał amerykańskim stuleciem. Luce wprowadził na rynek oraz kontrolował szereg czasopism, które zmieniły dziennikarstwo i zwyczaje czytania Amerykanów w erze przed rozpowszechnieniem telewizji.
LIFE przez ponad 100 lat opisywał obraz świata polityki, kultury oraz społeczeństwa, czasopismo to należało do najbardziej wpływowych w Ameryce.
Magazyn był jednym z najbardziej zasłużonych dla FOTOGRAFII. Fotografia zajmowała  wiele miejsca na szpaltach pisma a fotografowie byli cenieni i dobrze wynagradzani. Jednak w czasach dominacji internetu magazyn podzielił los wielu innych popularnych gazet. W 2007 r. ostatecznie wstrzymano wydawanie magazynu w formie papierowej. LIFE od tego czasu ukazuje się w internecie. Tutaj znajduje się darmowa, pełna kolekcja 10 milionów zdjęć magazynu! Zdjęcia pogrupowane są wg. dekad, tematów i autorów... jest co przeglądać - cenny materiał edukacyjny, który sam często wykorzystuję w swojej codziennej pracy.

Chwila przed zabiciem pawiana przez lamparta, Botswana 1966
John Dominis-Time & Life Pictures / Getty Images


W kluczowej scenie filmu Walter znajduje wreszcie w górach Afganistanu fotografa Seana O'Connella zaczajonego na rzadkiego kota, irbisa*) zwanego panterą śnieżną
Sean O'Connell:  Spokojnie... Oswój się i nie ruszaj... Na tamtym grzbiecie jest irbis. Musimy siedzieć spokojnie... Nazywają go kotem widmo...  Nie pozwala się dostrzec.
Walter Mitta: Kot widmo?
Sean O'Connell: Pięknu nie zależy na uwadze.
W końcu kot się pojawia,  fotograf pokazuje Walterowi obraz kota na wizjerze aparatu, jednak nie fotografuje.
Zniecierpliwiony Walter: Co się patrzysz, pstrykaj!
Sean O'Connell: Czasem tego nie robię. Jeśli mnie osobiście podoba się dana chwila, nie chcę, żeby coś mnie rozpraszało. Wolę się nią cieszyć. To jedna z tych chwil...

Może najcenniejsze są te zdjęcia, które mamy w głowie?

____
*) Kot widmo - irbis to jeden z najbardziej tajemniczych kotów, występuje w Himalajach i na Wyżynie Tybetańskiej... więcej >>

poniedziałek, 8 lipca 2013

Inspiracje. Film i fotografia

Dawno mnie tutaj nie było ale organizacja X edycji Festiwalu Filmowego. 5 minut z życia codziennego pochłonęła mnie całkowicie. Po raz pierwszy mogę powiedzieć, że  warto było i  trzeba ten projekt rozwijać, jak się okazuje, każda inicjatywa musi trafić w swój czas. Ten festiwal dopiero po 10 latach. Impreza była filmowy ale fotografia w filmach i obok nich zajęła wiele miejsca. Największą wartością były jednak spotkania, inspirujące rozmowy... 

Wernisaż wystawa Roberta Andre


Prof. Mikołaj opowiada jak zrobić film z fotografii...


Mikołaj Jazdon i Marek Nowakowski
Kadr z filmu Obóz

Kończy się film Biegiem, biegiem

Po warsztatach. Zdjęcie od Krzysztofa Szymoniaka


Dwie z tysięcy Twarzy Tomasza Machcińskiego

Marek Nowakowski w swojej twórczości dwukrotnie wracał do postaci Tomasza Machcińskiego, fotografa, performera, mistrza charakteryzacji,  który od lat 70 w zasadzie robi ciągle to same zdjęcie. Na swojej stronie internetowej pisze: OD 1966 ROKU TWORZĘ AUTOPORTRETY, NIE STOSUJĘ PERUK, TRIKÓW, NATOMIAST WYKORZYSTUJĘ WSZYSTKO CO DZIEJE SIĘ Z MOIM ORGANIZMEM JAK:ODRASTANIE WŁOSÓW, UBYTEK ZĘBÓW, CHOROBY, STARZENIE SIĘ ITP. Okazuje się jednak, że gdyby redaktor Nowakowski zdecydował się nakręcić trzecią część tryptyku o Machcińskim to gdyby miał on być prawdziwy to musiałby zawrzeć również niepoprawne politycznie opinie innych, mimo wszystko życzliwych Machcińskiemu ludzi. 

czwartek, 1 września 2011

The Bang Bang Club

Film o fotografach
"Zapomnij o długoogniskowym. Liczą się zbliżenia." *

Nagrodzone Pulitzerem w 1991 r.  zdjęcie Grega Marinovich, Associated Press
    Producenci filmowi nie rozpieszczają fotografów. Niewiele jest filmów fabularnych o fotografii i fotografach, ale raz na jakiś czas się zdarzają. Ostatnio dostępny jest obraz The Bang Bang Club” co po polsku znaczyć może, po prostu, Klub pif-paf. Film opowiada  historię życia i pracy grupy czterech młodych, zaprzyjaźnionych z sobą fotografów - Grega Marinovich, Joao Silvy, Kevina Cartera, Kena Oosterbroeka. Pracując dla pisma The Star i agencji rejestrowali  zamieszki, a właściwie wojnę domową ostatnich dni apartheidu w Afryce Południowej (1990-1994). W zasadzie były 3 strony konfliktu.Rząd de Klerka a z drugiej lewicowy Afrykański Kongres Narodowy Nelsona Mandeli  i prawicowy zuluski Ruch Ikatha Mangosuthu Butheleziego. Wszyscy ścierali się ze wszystkimi. W slumsach Johannesburga czy Pretorii na porządku dziennym były samosądy, morderstwa polityczne, zamieszki między czarnymi a policją i wojskiem a z drugiej między ruchem Mandeli a Inkathą.
Młodzi fotosnajperzy za pomocą swoich kadrów  próbowali opowiadać światu o brutalności i przemocy czasu końcówki apartheidu w RPA. Później jako reporterzy wojenni brali udział w konfliktach na całym świecie, Bośni, Afganistanie, Afryce. Ich pełne zaangażowanie, intensywna praca pozwoliły  w krótkim czasie zdobyć 2 nagrody Pulitzera za zdjęcia (1990-Marinovitz i 1994-Carter). Jednak koszty ich zaangażowania były ogromne. W kwietniu 1994 roku, podczas wymiany ognia między Narodowymi Siłami Pokojowymi i Afrykańskim Kongresem Narodowy, zginął  Oosterbroek i poważnie ranny został Marinovich. Silva, został ranny w  Europie a w 2010 r stracił obie nogi w Afganistanie.

Zdjęcie K. Cartera z 1993 r. uhonorowane nagrodą Pulitzera.
     Kevin Carter popełnił samobójstwo w lipcu 1994, wkrótce po tym ja otrzymał nagrodę Pulitzera. Najbardziej prestiżową w świecie dziennikarskim nagrodę otrzymał za wykonane w Sudanie, zdjęcia sępa, który czeka na śmierć wycieńczonej dziewczynki, która zmierzała do punktu wydawania żywności. Ta scena jest zresztą  zrekonstruowana w filmie. Zdjęcie trafiło na pierwszą stronę "New York Timesa" i stało się symbolem konfliktu w Sudanie.  Wywołało powszechną reakcję czytelników zainteresowanych dalszym losem dziewczynki. W końcu wydawca musiał opublikować notkę na ten temat – udało jej się uciec od drapieżnika, ale nie wiadomo, czy dotarła do celu. Było to tylko przypuszczenie, bo Carter nie podjął żadnych działań i po prostu nie wiedziała jaki był finał zdarzenia. Fotograf wielokrotnie, w wywiadach, musiał odpowiadać na pytania czy dziewczynka przeżyła i dlaczego jej nie pomógł. Wielu  krytykowało reportera za bierność w tej sytuacji. Nawet jego przyjaciele zastanawiali się nad etyczną stroną takiego postępowania.  Sprawa wywołała gorącą dyskusję na łamach prasy całego świata, gdzie istnieją granice bezstronności dziennikarza. Nieingerencji w różnych dramatycznych sytuacjach. Tych dylematów nie miał nasz najsłynniejszy reporter wojenny Ryszard Kapuściński. Często, odkładał notatnik i  brał do ręki karabin aby wspomagać przyjaciół z jakiegoś lewicowego oddziału partyzantów w głębi Afryki**.
Film „The Bang Bang Club”  powstał na podstawie książki Marinovicha i Silvy pod tym samym tytułem. Wraz z „War Photographer” ( dokument Jamesie Nachtweyu), powinny być lektura obowiązkowa, dla wszystkich którym marzą o skrajnych emocjach w czasie fotografowania, o pracy fotografa wojennego. A wraz z „Invictusem” Clinta Eastwooda pozwala się nieźle zorientować w najnowszej historii południa Afryki.


___________________________________________
* ze ścieżki dźwiękowej filmu "The Bang Bang Club"
** Artur Domosławski, „Kapuściński non-fiction”

..: Notatki z prowincji :..

Notatki z prowincji. Listy z Suicide City 1.

Świat się szybko zmienia, zmienia się internet, powoli zmienia się i ten blog. Od jakiegoś czasu staje się dla mnie - jak to kiedyś p...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy