środa, 31 grudnia 2014

Z nadzieją



Skan odbitki barytowej (11,2x15,8 cm) + ingerencja chemiczna
na wybranych fragmentach obrazu, przed naświetleniem.

Zdjęcia na koniec roku 2014 r. wybrałem z premedytacją bowiem skrzydła w wielu kulturach wyrażają dążenie duszy do osiągania kondycji wyższej niż ludzka; innymi słowy wskazują na aspiracje duszy, by przekraczać to, co ludzkie. Skrzydła są związane z poznawaniem, wyobraźnią, myślą, wolnością oraz zwycięstwem. Natomiast słoneczny zegar - symbol dobra i szczęścia, organizator życia, pracy, wypoczynku - pomagać ma w osiągnięciu dobrobytu  w życiu doczesnym.

Niech oba symbole będą dla czytelników tego bloga wróżbą udanego Nowego Roku, obfitującego  w moc doznań artystycznych i duchowych bez rezygnacji z jakości życia codziennego.


Radziejowice 9.11.2014 r., polietylen Ilforda 17 x 12 cm, skan.

czwartek, 11 grudnia 2014

Żyrardów. Impresja 3. Park K. Dittricha





Miasto-ogród to wcielone w życie marzenie o miejscu, w którym można mieszkać w harmonii z naturą, nie zapominając o kulturze i osiągnięciach cywilizacji.*)

Ludzie nie są stworzeni do życia w skupieniu podobnym do mrowisk, lecz, w rozproszeniu na ziemi, którą powinni obrabiać. Im więcej ludzie są skupieni, tem więcej wśród nich zepsucia. Niedomagania cielesne i duchowe są nieuniknionym wynikiem przeludnienie. Człowiek jest najmniej stworzony do życia stadowego. Gdyby ludzie żyli tak skupieni, jak barany, znikliby z powierzchni ziemi w ciągu krótkiego czasu. Wydech bowiem człowieka jest śmiertelny dla niego i dla bliźnich. Jest to prawda w znaczeniu ścisłem i przenośnem. Miasta wielkie są plagą rodzaju ludzkiego. Po upływie okresu równego kilku pokoleniem ludność w nich gnije albo wyrodnieje. Trzeba ją stale zasilać, a wieś jedynie może dokonać tego odnowienia i odrodzenia.

Jean Jacques Rousseau

„Najpierw ludzie mieszkali na farmach, później w miastach, teraz żyją online. Co dalej? Tradycyjna uprawa zaczyna przenosić się do środowisk miejskich, aby spełnić nową rolę w społeczeństwie – supermarketu przyszłości.” **)



Żyrardów - Miasto Ogród

Przed epoką rewolucji przemysłowej ludzkość współegzystowała w miarę harmonijnie z otaczającą naturą. Rajski ogród był co prawda tylko ideałem, utopijną wizją i dążeniem do łatwiejszego i bardziej komfortowego życia. Na pławienie się w luksusie życia w ogrodzie mogli sobie pozwolić tylko wybrańcy. Letnie, wiejskie rezydencje magnackie, podmiejskie wille i pałace z rozbudowanymi założeniami ogrodowymi czy kurorty popularne wśród bogatej burżuazji w XIX w. – wszystko to miało być odskocznią od codziennych niewygód. Wraz z powstaniem przemysłu napędzanego parą miasta zaczęły wyrastać i rozrastać się w tempie i skali dotąd nieznanymi i niewyobrażalnymi. Życie w mieście stało się trudne, kosztowne i niebezpieczne, bez przesady można powiedzieć, Że obietnice lepszego życia dla milionów migrujących ze wsi do miast nigdy się nie spełniały, niehigieniczne mieszkanie w ciasnocie, bez wygód, niskie płace i brak perspektyw okazywały się dla rodzin najemnych pracowników nieustającą męczarnią i udręką.







Coraz częściej z tęsknotą i nadzieją zaczęto spoglądać w stronę natury. "Zielona rewolucja” musiała wybuchnąć, prekursorskie okazały się architektoniczne utopie przełomu XIX i XX w. W momencie, kiedy rozwój przemysłu i inżynierii dał architektom i urbanistom możliwość całkowitego uniezależnienie się od natury, pojawiły się negatywne zjawiska (przeludnienie, podziały społeczne, przestępczość itp.) wymuszające rozwiązania, w których miasta miały stać się bardziej przyjazne dla mieszkańców a natura odgrywać miała zdecydowanie większą niż dotąd rolę.
Pionierem i pierwszym teoretykiem nowego sposobu myślenia o mieście był Ebenezer Howard, którego książki – Tomorrow: a Peaceful Path to Real Reform z 1898 r. i nieco zmodyfikowana, wydana cztery lata później Garden Cities of Tomorrow - miały ogromny wpływ na wygląd wielu miast w XX wieku. Miasta-ogrody miały łączyć zalety życia w mieście i na wsi, eliminując jednocześnie ich wady. Ideałem było niezależne, oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od miasta, ale dobrze z nim skomunikowane osiedle miejskie usytuowane wśród w zieleni, z domami otoczonymi ogrodami i przyjazną przestrzenią publiczną. Pilnowana miała być maksymalna liczba mieszkańców w podstawowej jednostce struktury miejskiej, wynosiłaby ona nie więcej niż 30 tysięcy. Po jej osiągnięciu, powstawać miało by kolejne miasto, oddzielone od pierwszego zielenią i pasami pół uprawnych. Organizacja „miejsko-wiejskich” ośrodków sprzyjać miała budowaniu poczucia wspólnoty między ich mieszkańcami, zapewniać godne warunki życia, łatwy dostęp do instytucji kultury oraz rozwój gospodarczy. Ulokowanie miast-ogrodów na terenach podmiejskich miało ponadto zapewnić niskie ceny ziemi i - co za tym idzie - również czynszów.***)
Wzorując się na myśli Howarda,  w 1903 r., Barry Parker i Raymond Unwin urzeczywistnili utopię pierwszego miasta-ogrodu, stała się nią miejscowość Letchworth w Wielkiej Brytanii.






Idea miast-ogrodów znalazła wielu wyznawców w Niemczech, pierwszym kontynuatorem tej idei był lipski inżynier Teodor Fritsch. Jego książka pt. Die Stadt der Zukunft (1895 r.) zawiera zasady budowy miast, podzielonych na sfery przeznaczone do różnych celów, obficie przeplatanymi parkami i ogrodami, rozmieszczonymi na całej powierzchni miasta.
W tym samym czasie na Politechnice w Dreźnie i praktyce w Anglii przebywał  Karol August Dittrich. Przyszły właściciel Żyrardowa musiał tam zetknąć się z tematem tworzenia miast - ogrodów, bo później starał się realizować ideę, planując i realizując zabudowę przestrzenni osady przemysłowej na Mazowszu.






Planiści Żyrardowa starali się wykorzystać naturalne walory lokacji dla szybkiej i możliwie pełnej regeneracji sił robotników. Zdawali sobie sprawę, że bliskość i obfitość zieleni ma pozytywny wpływ na samopoczucie ludzi, dlatego starali się o wypełnienie otoczenia domów mieszkalnych zielenią parków i ogródków przemysłowych. Sieć zadrzewień ulicznych uzupełniano pasami przydomowych. Główna aleja miasta Żyrardowa wyznaczająca główną oś założenia urbanistycznego oś symetrii kościoła p.w. Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny, wysadzana była gęsto drzewami dzięki czemu miała ona szerokość 45 m w liniach zabudowy. Wszystkie budynku użyteczności publicznej otaczane były ogrodami, co w powiązaniu z Parkiem K. A. Dittricha, aleją prowadzącą do cmentarza, promenadą ku stacji kolejowej oraz (nieistniejącym) Parkiem na Rudzie tworzyło nieprzerwany ciąg zieleni. Doskonale pokazują to panoramy Żyrardowa z ok. 1880 roku i 1899 roku.





Park
Istotnym elementem dla miasta-ogrodu było założenie centralnego ogrodu, parku miejskiego, bez ograniczeń dostępnego dla wszystkich mieszkańców. W Żyrardowie, pierwotnie, funkcje te pełnił założony w końcu XIX wieku a nieistniejący już Park na Rudzie. Dzisiaj rolę parku miejskiego pełni Park im. Karola Dittricha, założony w latach 1886-1896, jako prywatny ogród Karola Dittricha juniora, ówczesnego właściciela fabryki, który po śmierci swego ojca Karola Augusta Dittricha przejął kierowanie zakładami. Projekt, w duchu angielskim, zlecił Karolowi Sparmannowi uznanemu ogrodnikowi Warszawskiego Ogrodu Botanicznego.
Park miał stanowić oprawę dla zbudowanego tu przez Dittricha juniora pałacyku. Neorenesansowy budynek w stylu francuskim pełnił nie tylko funkcję domu mieszkalnego, ale też reprezentacyjnej rezydencji, w której Dittrichowie podejmowali najważniejsze decyzje dotyczące losu fabryki. Obecnie w pałacyku swoją siedzibę znalazło Muzeum Mazowsza Zachodniego. Park im. Karola Augusta Dittricha ma niecałe 6 ha powierzchni, można go więc nazwać kieszonkowym. Projektując park, Karol Sparmann doskonale wykorzystał walory tego miejsca, przede wszystkim płynącą obrzeżem terenu rzeczkę Pisię Gągolinę i dzielący go na pół sztuczny kanał przemysłowy ze stawem. Nad potokami przerzucił mostki, zbudował też kaskady wodne. Pagórkowaty obszar parku ogrodnik poprzecinał krętymi alejkami i obsadził roślinnością, wśród której nie zabrakło rzadkich gatunków drzew, jak platany klonolistne (których wiek szacuje się na około 170 lat) czy orzech czarny o postrzępionych liściach, który dziś jest mierzącym 40 m olbrzymem. Do naszych czasów dotrwały też trzy okazałe olszyny, trzy wiązy szypułkowe, grab i dąb szypułkowy. W Parku im. Dittricha jest w sumie jedenaście pomników przyrody.  >>>

Zdjęcie cyfrowe. Telefon LG

Zaledwie lekko naszkicowana, na przykładzie Żyrardowa, doktryna miast-ogrodów nie jest jedynie projektem wziętym z księżyca, myśl jest ciągle inspirująca dla kolejnych pokoleń architektów, twórczo rozwijana i wcielana w życie. Nawet pomysłodawca maszyny do mieszkania, propagator zamykania ludzkości w blokowiskach, Le Corbusier, dla siebie samego zaprojektował jednak dom z ogrodem na dachu. W nowojorskim Museum of Modern Art prezentowana była niedawno wystawa In Situ: Architecture and Landscape (8 kwietnia – 14 września), pokazującą kolekcję MoMa dokumentującą różne postawy architektów i urbanistów wobec natury i krajobrazu na przestrzeni ostatnich 100 lat. Można na niej zobaczyć projekty budynków i całych osiedli wpisanych w otaczający krajobraz, przykłady miejskich ogrodów i parków, dzięki którym dawne tereny przemysłowe przekształcane są w nowe, atrakcyjne obszary miast, a także cmentarzy, gdzie kontakt z naturą nabiera nieco bardziej transcendentnego charakteru. *****)

Wglądówki skanów zdjęć ~12x18 cm, na papierach polietylenowych Ilford i Kodak

---
*) Marcin Muth. WYRODNE DZIECKO SUBURBANIZACJI (respublika.pl)
**) David Fincher „The social network” (2010) (decoeko.com)
***) Daniel Szymczak. Zielone utopie. Sztuka Architektury
****) http://www.miastaogrody.pl/
*****) Daniel Szymczak. jw.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Żyrardów. Impresja 2. Bielnik






Zespół budynków dawnego Bielnika, ul. Dittricha 18

Bielnik atmosferyczny był miejscem na którym suszono przędzę i bielono na słońcu tkaniny. Pierwsze obiekty na Bielniku wybudowane zostały w połowie XIX w. Dzisiejsza zabudowa pochodzi z przełomu XIX i XX w. W jednym z budynków Zakładów Lniarskich znajduje się Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda. W zabytkowej hali wyeksponowanych jest kilkadziesiąt maszyn, pracujących niegdyś w żyrardowskich fabrykach. Maszyny pochodzą z lat 70. I 80. XX w. Stanowią one pełny park maszynowy, prezentujący najważniejsze elementy obróbki surowca włókienniczego i produkcji tkanin. W innych halach znalazły miejsce antykwariaty, sklep ze współczesnymi wyrobami lnianymi (Lniany Zaułek, piękne rzeczy) a nawet klub muzyczny.





Już w 1828 r. zbudowana został pierwsza eksperymentalną fabrykę w podwarszawskim Marymoncie, a w 1829 r., w Rudzie Guzowskiej, podpisano akt założenia spółki Karol Scholtz i spółka, następnie powstało Towarzystwo Wyrobów Lnianych, którego założyciele postawili sobie za główny cel wybudowanie fabryki, wykorzystującej wynalazek francuskiego konstruktora Filipa de Girarda - mechaniczną przędzarkę lnu. Wynalazek Girarda nie zdobył uznania w Anglii i Francji więc wynalazca pierwszą fabrykę założył w Austrii skąd zwerbowany został do budowy fabryki na Mazowszu. W latach 30. XIX w. wspomniane wcześniej Towarzystwo rozpoczęło budowę fabryki i osady fabrycznej nad rzeką Pisią. Szybko rozwijającą się osadę przemysłową, na cześć pierwszego dyrektora ds. technicznych, de Girarda, nazwano Żyrardowem. Wynalazek Francuza zrewolucjonizował proces produkcji tkanin lnianych.








Mimo, że tkaniny bardzo dobrze się sprzedawały, fabryka w końcu zbankrutowała i została przejęta przez Bank Polski. Wtedy na scenie pojawili się dwaj niemieccy przemysłowcy: Karol Hielle i Karol August Dittrich. W 1857 r. wykupili fabrykę a  Żyrardów wkroczył w swój złoty wiek.





Nowi właściciele, od końca lat 50. XIX w. konsekwentnie rozbudowali i modernizowali fabrykę i osadę. Szczyt swego rozkwitu Żyrardów przeżywał tuż przed I wojną światową w latach 1910-1914. Zakład zatrudniał wtedy 9 tys. pracowników. W latach 30. XX w. źle zarządzana fabryka przeszła pod zarząd państwa i znowu nieźle się rozwijała. Po II wojnie światowej Żyrardów ponownie stał się dużym ośrodkiem przemysłowym. W latach 90, w Polsce upadła większość przedsiębiorstw włókienniczych, w tym fabryka żyrardowska… Przytoczyłem historię, rozwój i upadek fabryki, osady fabrycznej i miasta w pigułce. Zwięźlej chyba się nie da.




C.D.N.
W następnym odcinku, pokażę to, po co pojechałem do Żyrardowa, z cyklu Parki i ogrody. Park Dittricha

wtorek, 25 listopada 2014

Żyrardów. Impresja 1



A może byśmy... wpadli, tak na dzień do Żyrardowa



Miało to być idealne miasto przemysłowe. Całość założenia była starannie przygotowana. Siatka ulic wytyczona została bardzo precyzyjnie, miasto podzielone zostało na strefy przemysłową, mieszkalną, wypoczynkową. Przygotowany został również kompleksowy plan perspektywiczny osady, który obok przemysłu przewidywał program usług towarzyszących i zabezpieczających w pełni potrzeby wszystkich grup społecznych w zakresie mieszkalnictwa, handlu, kultury, oświaty, ochrony zdrowia i rekreacji. W podstawowych ogólnych założeniach programowych miasto - ogród przeznaczono miało być dla ludności pracującej i mogło w nim mieszkać nie więcej niż 30000 ludzi w domach rodzinnych, o ile to możliwe osobnych, otoczonymi ogródkami. Miało mieć ono część przemysłową, mieszkalną i usługową, oraz posiadać swój ogród - park publiczny, a w nim miejsca gier i zabaw dla dzieci i osób starszych*).




Założyciele Żyrardowa chcieli wcielić w życie idee społecznego solidaryzmu. Osiągnąć chcieli to przy jednoczesnym podziale miasta na dzielnice robotniczą i willową gdzie mieszkali i spędzali czas wolny właściciele, inżynierowie, dyrektorzy fabryk i kadra zarządzająca. Utopie się nie sprawdzają więc prędzej czy później musiało dojść do konfliktów. Bardzo szybko Żyrardów został kojarzony z robotniczym buntem i strajkami. Określenie Czerwony Żyrardów odnosiło się nie tylko do koloru cegły, z której miasto zostało zbudowane. Do legendy przeszedł choćby strajk szpularek z 1883 r, pierwszy strajk na ziemiach polskich, było to jedno z pierwszych na świecie masowych wystąpień zapoczątkowanych przez kobiety. W strajku wzięło przeszło 8 tys. pracowników! Mimo interwencji wojska carskiego i bezwzględnych Kozaków, ofiar śmiertelnych, rannych i aresztowanych, protestujący zwyciężyli, a dyrekcja przystała na większość robotniczych postulatów**).




Do dzisiaj zachowała się prawie cała zabytkowa tkanka kompleksu urbanistycznego. Osada fabryczna dla pracowników i kadry kierowniczej fabryki lnu w Żyrardowie powstawała przez prawie cały wiek XIX i XX. Unikatowe w skali europejskiej osiedle fabryczne jest jednym z najcenniejszych zespołów architektury przemysłowej w Europie, ciągle funkcjonującym w części mieszkalnej. Jednak uwzględniając współczesne standardy - urocze domki z czerwonej cegły czy kamienice - są często po prostu slumsami, jak uważa red. naczelny Radia Żyrardów Jerzy Jankowski: W domkach z czerwonej cegły czy kamienicach ludzie mieszkają, bo nie mają wyboru. (...) są to (...) miejsca wstydliwe, dzielnice w których często się nie pracuje, nie dba o wspólne mienie, nie myśli o jutrze. I ci ludzie często nie są temu winni, po prostu miasto o nich zapomniało. Warunki społeczne, demograficzne, lokalowe nie determinują naszego życia, ale mają ogromny wpływ na nie. Wspólnota rozumiana jako „żyrardowianie” w sumie nie istnieje. Te budynki zaczynają się właśnie zawalać jak ostatnio na ul. Legionów Polskich. A pofabryczne duże budynki kupują biznesmeni i budują tam „nowy świat”. Lofty kupią bogaci warszawiacy, którzy tu tylko ulokują pieniądze, a przyjadą raz na miesiąc.







Drugie życie aparatów

Mały obrazek również posiadać urok, szczególnie jeśli jest to Olympus. OM'a 2N wygrzebałem spośród bibelotów sklepie z używanymi ciuchami, tani nie był bo kosztował aż 50 zł (!) ale warto było. Te jednocyfrowe OM-y z obiektywami Zuiko 1:1,4 chętnie używane były przez zawodowych fotoreporterów w latach 70 i 80. Aparat okazał się sprawny, mimo widocznych śladów intensywnego niegdyś używania. Po włożeniu 2 bateryjek maszyna zakaszlała i zaświeciła, światłomierz i wszystkie czasy migawki okazały się działać. 
OM-2N pojawił się w 1984 r. jego zaletą jest automatyka przesłony i solidny pomiar, aparat nie jest przeładowany elektroniką i solidnie wykonany (metal), przy czym jego rozmiary są niewielkie a konstruktorom udało się zachować niezłą ergonomię. Korpus trzyma się wygodnie, pokrętła sterujące są łatwo dostępne. Ponadto gdy rozładuje się bateria nadal można robić zdjęcia, całkowicie manualnie, ustawiając parametry na oko lub wg wskazań jakiegokolwiek światłomierza. Nie można tego powiedzieć o wielu innych konstrukcjach z ostatnich dekad XX wieku. Pewnym mankamentem (jeśli przyzwyczajeni jesteśmy do pokręteł umieszczonych na górnej pokrywie korpusu) może być tarcza ustawiania czasów migawki, znajdująca się u nasady obiektywu. Należy się po prostu przestawić i przyzwyczaić.
Z OM-em załadowanym hiszpańskim wynalazkiem firmy Argenti Protopanem 400 Professional przez kilka godzi swobodnie, bez konkretnego planu spacerowałem po ulicami Żyrardowa, nie omijając nawet zrewitalizowanych budynków Starej i Nowej Przędzalni. Mój skaner nie jest wstanie oddać ostrości i rozpiętości tonalnej zdjęć wykonanych tym aparatem, nawet na wspomnianym tanim filmie, na skanach wychodzi jakiś szum, którego na odbitkach nie ma?



Zdjęcie cyfrowe 2014 r.


STELLA
Na koniec pierwszej impresji na temat Żyrardowa prezentuję jeden z serii sfotografowanych w listopadzie 2014 r. obiektów.  Przy jednym z głównych ciągu komunikacyjnych miasta, ulicy Limanowskiego 47, stoi budynek największej swego czasu fabryki pończoch w Cesarstwie  Rosyjskim, która zatrudniała 1600 osób. W 1967 zakład otrzymał wdzięczną nazwę Stella, fabryka zamknięta została w 2005 r.




Dzisiaj budynek jest opuszczony i penetrowany jest jedynie przez miłośników miejsc opuszczonych a zdjęć wnętrz Stelli w necie znaleźć można bez liku. Przy okazji trafiłem na interesującą wypowiedź p. Ireny Wójcickiej, pracownicy zakładów: Pamiętam między innymi, że z moją przyjaciółką Małgosią Łukasiewicz wtedy [1980 lub 1981] żeśmy były w Żyrardowie, gdzie pomagałyśmy zakładać związek zawodowy w fabryce pończoch „Stella”. Całkowicie kobieca fabryka, gdzie na niechęć do zmian, na sztywność tego komunizmu, który tam był bardzo brutalny, nakładała się jeszcze taka czysto męsko-damska dyskryminacja. Kobiety pracowały, ale personel [kierowniczy] był męski i w sposób niezwykle upokarzający były traktowane. Myśmy pomagały im z moją koleżanką spisać postulaty. Był problem stempli na pończochach. Ponieważ fabryka produkowała pończochy, to dyrekcja uważała, że istnieje podejrzenie, że kobiety będą je kraść. Wymieniając stare pończochy na nowe w trakcie pracy, prawda. Wymyślono, że każda para, kupiona w sklepie, powinna – jeżeli ma być używana w pracy – pojawić się w odpowiedniej komórce tego przedsiębiorstwa i dostać stempel na górze, tam gdzie ten szerszy kawałek na podwiązki. Kobiety miały chodzić tylko w pończochach ze stemplem i ten stempel wartownik mógł kontrolować, po prostu zaglądając pod spódnicę. Postulat tych kobiet nie dotyczył tego, że jest coś niezwykle upokarzającego w samym procederze zaglądania pod spódnice, w podejrzeniu, że one mogą kraść. To, co dla nich było udręką, to fakt, że się te stemple zmywały. Wtedy nie chodziło się w spodniach, trzeba pamiętać, że pończochy no, to trzy czwarte roku się nosiło. Więc to był rzeczywiście problem, bo jak się zmywały, to trzeba było kupić następną parę, bo tylko nowa, jeszcze opakowana w sklepie, mogła być podstemplowana. To był koszt. Postulat był taki, żeby stemple były niespieralne. I to uświadomiło mi taką głębię deprawacji tego systemu, sposobu traktowania ludzi. (ze strony PAMIĘTANIE PERELU 1956-1989)
C.D.N.

Fotografie zamieszczone w tekście są skanami odbitek 12,80 x 17,80 cm, wykonanych na papierze PE Ilford Multigrade
---

poniedziałek, 17 listopada 2014

Korytarz bogów






Dopiero co, pisałem o poszukiwałem powiązań fotografii elementarnej i Witka Jagiełlowicza... Kilka dni temu wylądowałem w Jeleniej Górze na seminarium PF DKF. Warto będzie wkrótce, wrócić do tematu bo prezentowany tam przez Grzegorza Pieńkowskiego przekrój kina ukraińskiego okazał się nie tylko interesujący lecz również inspirujący. Zwieńczenie przeglądu, film Łoznicy - Majdan. Rewolucja godności - nie tylko poruszył ale pokazał jak prostymi zabiegami formalnymi można zwielokrotnić moc przekazu filmowego... Wróćmy jednak do fotografii, pierwszą osobą, która spotkałem już na samym wejściu do JCK czyli w słynnej Galerii Korytarz okazała Ewa Andrzejewska (powinienem napisać, bogini, dobry duch Szkoły Jeleniogórskiej). Pani Ewa wieszała właśnie wystawę, której otwarcie miało się odbyć dnia następnego. Kilka minut później na ścianie w moim pokoju hotelowym objawiły mi się dwie prace Wojciecha Zawadzkiego, prawdziwe baryty a nie jakieś tanie wydruki, dalej, w Cieplicach, w nowej siedzibie Muzeum Przyrodniczego, wśród niedawno odsłoniętych fresków, prezentowane są wystawy E. Andrzejewskiej (Fotografia pamiątkowa) i W. Zawadzkiego (Olszewskiego 11)! 







Następnego dnia, korzystając z zaproszenia samej Ewy Andrzejewskiej, bez żalu odpuściłem sobie końcówkę nacjonalistycznego, ukraińskiego filmu aby na własne oczy zobaczyć z nadzieją na poznanie, kolejnego boga Szkoły Jeleniogórskiej, Wojciecha Zawadzkiego.
Na wernisażu nie zabrakło autorów z niedalekich Czech, okazuje się, że Josef Sudek jest nieustającą inspiracją dla pokoleń czeskich fotografów. Szacunek i podziw jakim otaczają go współplemieńcy przybiera czasami formę kultu. Sama wystawa zatytułowana jest W Ogrodzie Rothmayera a na fotografiach widzimy fragmenty ogrodu, w którym w latach 50 i 60 XX wieku tworzył Josef Sudek. Autorami prac są Tomáš Balej, Jaroslaw Beneš, Tomáš Rasl, Karel Kuklík oraz gościnnie Wojciech Zawadzki. Warto dodać, że wymienieni Kuklik (ur. 1937 w Pradze) i Benes (ur. 1946 w Pilznie) to już uznani klasycy czeskiej fotografii, podobnie jak Zawadzki w Polsce. Wystawa czeskich artystów - fotografów, dedykowana cyklowi fotografii stworzonych w latach 50- tych XX wieku w ogrodzie słynnego architekta Otto Rothmayera przez legendarnego, znanego na całym świecie czeskiego artystę Josefa Sudka*).









Zestaw jest bardzo różnorodny, każdy z autorów obrał inną ścieżkę zmierzenia się z ogrodowymi tematami mistrza Sudka. Interesujące jest śledzenie na podstawie jednego, wybranego motywu minimalizmu Kuklíka, negowania Form u Beneša i lekkiego romantyzmu Homoli, oraz tego, jak Rasl wychodzi poza motyw, choć ciągle w nim jest, a Balej nie wypiera się swojego architektonicznego ja, starając się przeniknąć powierzchnię materii.
"Willa Rothmayera" to kolorowa mozaika na płaszczyźnie pięknej klasycznej techniki wielkiego formatu, przy której dyskusje o sztuce jakoś tracą sens.**)






W krótkiej rozmowie z Ewą Andrzejewską, w tym miejscu, nie można było nie wspomnieć Eryka (Ireneusza Zjeżdżałki), który jako młodzieniec regularnie przyjeżdżał do Jeleniej Góry na Warsztaty Fotograficzne prowadzone przez Andrzejewską i Zawadzkiego. Impresje z Jeleniej Góry, miejsca niezwykle ważnego dla polskiej fotografii, pojawią się tutaj, jeszcze  w najbliższych tygodniach jeszcze wielokrotnie. 

--
*)  info z JCK
**) cytat z katalogu wystawy.

piątek, 7 listopada 2014

ZAMYKAM OCZY. Witek Jagiełłowicz poeta obrazu.



(...) każda hiperfotografia w jakimś sensie jest nierealistyczna. A to dlatego, że zwraca uwagę przede wszystkim na swą własną formę. Taka też jest fotografia elementarna. Logiczna i racjonalna, czysta i perfekcyjna, ujmująca prostotą, ale i swą harmonią poetycka. Wymaga artystycznej konsekwencji i  warsztatowej dyscypliny, odkrywczej pasji i inwencji - niezbędnych po to, by fotografując to, co potoczne, pokazać rzeczy „niewidzialne”. Fotografia ta, stwarzając nową rzeczywistość, rzeczywistość własną, sam obraz czyni kryterium prawdy. Jest taka, że dałoby się o niej powiedzieć: „jedna fotografia, a ile fotografii!”. Powstając w świadomości twórcy, bywa funkcjonalna względem indywidualnie pojmowanej przez niego rzeczywistości – zarazem obiektywnej i przezeń stwarzanej.  Być może jest tym samym utożsamiana przez artystę z jego własnym tej rzeczywistości ideałem. 
Jerzy Olek, Karkonosze, katalog, Galeria Sztuki Współczesnej, Jelenia Góra, 9.1984 r.

Witold Jagiełłowicz. Rychlik 30 grudnia 2009 r .
 47,5x48,7cm 1/2

Te słowa Jerzego Olka pozwoliłem sobie zacytować jako motto wstępu do wystawy niezwykle wrażliwego choć niestety mało znanego fotografa Witolda Jagiełłowicza. Mam nadzieję, że zaplanowana na 3 grudnia 2014 wystawa stanie się pierwszym krokiem do wyjścia z cie(m)nia - fotograficznej poczekalni. Piszę te słowa 5 listopada, miesiąc przed wernisażem wystawy ZAMYKAM OCZY, którą od kilku miesięcy Witek przygotowuje specjalnie dla naszej Galerii. Jak już niejednokrotnie pisałem staram się tylko wyjątkowo pisać na tym blogu o wydarzeniach związanych z moją pracą zawodową-codzienną, taki wyjątek zdarza się się jednak co jakiś czas. Trudno znaleźć granicę między tym co trzeba (praca) a tym co się chce (działalność i twórczość prywatna), takim przypadkiem jest Witek Jagiełłowicz, którego znam od wielu lat jako przyjaciela B. Biegowskiego, jeszcze z Trzcianki i osobę współtworzącą projekty KF ŚWIETLICA. Osobiste (exactly!) prace zobaczyłem całkiem niedawno, po wystawie fotomontaży Henryka Króla (2012), Witek pokazał nam kilkanaście stykówek swoich prac fotograficznych. Mam wrażenie, że wszyscy którzy pochylili się nad stołem z miniaturami Witka odnieśli wrażenie, że obcują z estetycznym objawieniem, że obrazy subtelnie poruszyły neurony w naszych głowach. Mnie zaskoczyła elementarność i skrajny minimalizm ale również perfekcyjne wykonanie i przygotowanie do ekspozycji dla małego grona na boku Galerii.
Fotograficzne korzenie Witolda Jagiełłowicz znajdują są w Trzciance, która  w latach 80 XX wieku była wylęgarnią fotograficznych talentów jak bracia Biegowscy. Grupa wychowanków Henryka Króla konsekwentnie zgłębiała tajniki procesu żelatynowo-srebrowego by w końcu wyposażeni w perfekcyjny warsztat realizować się na własnej drodze. W zasadzie niewiele wiem o pierwszych poszukiwaniach fotograficznych Witka, jedynie to, że od samego początku bardziej interesowała go kreacja niż dokumentacja. Takie też były jego pierwsze świadome poszukiwania skupiające się, jak to się często zdarza, wokół autoportretu.


Witold Jagiełowicz
Poznań 20 lutego 2012 r. 42x59cm 1/1

Myślę, że pierwsze działania fotograficzne Witka wpisują się zapoczątkowany w latach 80 XX w, osobny nurt w polskiej fotografii, zwany fotografią elementarną. Tworzyli go artyści głęboko zaangażowani w obserwacje natury. Cenią oni bezpośredniość i precyzję odwzorowania stanu natury, czemu powinna towarzyszyć umiejętność dostrzegania i analizy zjawisk w naturze oraz uchwycenie ich we właściwym momencie. Stosuje się tam na ogół tradycyjne wielkoformatowe kamery, a nawet fotografię otworkową (pinhole), co traktowane jest też jako opozycja wobec najnowszych technologii elektronicznego zapisywania i przetwarzania obrazów. Chociaż czasami pojawiają się tutaj obrazy stylizowane na dawne epoki, to nurt ten stał się jak najbardziej współczesną propozycją, która była reakcją na oschłość konceptualnego fotomedializmu. Podkreśla się tutaj zarówno techniczną specyfikę fotografii, jak i głęboko osobiste przeżywanie świat. Twórcami z tego kręgu są Wojciech Zawadzki, Andrzej Jerzy Lech, Ewa Andrzejewska, Janusz Leśniak, Marek Szyryk i przedwcześnie zmarły (2008) Ireneusz Eryk Zjeżdzałka. Bliscy takiemu pojmowaniu fotografii są także Stanisław J. Woś (1951-2011) i Paweł Żak, którzy jednak często inscenizują swoje fotografie i stosują fotomontaż. Ich styl można by nazwać neopiktorializmem z powodu dbałości o estetyczne opracowanie odbitek oraz odwołań do czystej wrażeniowości. 


Witold Jagiełłowicz. „Ikar” Poznań październik 2014 r.
2x- 70x106cm 1/1

Twórczośc Witka bliższa jest temu drugiemu nurtowi, znajdujemy też wyraźne odniesienia do praskiego samotnika Josefa Sudka, poety kamery, który potrafił zaczarować najbardziej niepozorne i drobne fragmenty otaczającego świata. Takimi są jego cykle martwych natur, pejzaży z okolic Pragi czy z podmiejskich lasów. Takim magicznym miejscem stał się tez ogródek otaczający maleńką pracownię wciśniętą w podwórko czynszowych kamiennic - temat najsłynniejszego cyklu. 
Podobne są niektóre zdjęcia Witka, ich tematami są miejsca i obiekty głęboko osadzone w krajobrazie codzienności, wręcz ocierające się o banał ale uderza w nich niezwykła dbałość o formę i kompozycję obrazu fotograficznego, ograniczenie do niezbędnych elementów a często i skrajny minimalizm. Czasami wydawać byś się mogło, że Witek wykorzystuje  fotografię głównie w celu uzewnętrznienia swojej autoekspresji, a mniej istotna jest dla niego rejestracja zewnętrznych kształtów świata. Twórczość Witka Jagiełłowicza jest bardzo osobna i prywatna zarazem, fotograf  często wykorzystuje swój wizerunek albo wręcz odciski fragmentów własnego ciała. Takie są jego ostatnie prace nawiązujące zarówno do początków fotografii jak i awangardy XX w. 
Subiektywny odbiór świata, minimalizm i poezja nie do końca określają  twórczość Witka Jagiełłowicza. Od samego początku jest jednym z filarów Kolektywu Fotograficznego ŚWIETLICA. Brał udział przy realizacji wszystkich, przeważnie wielkoformatowych projektów: Zorki-Prawdziwa historia, Obscur (camera obscura), Ostatni mieszkańcy Starego Rynku a ostatnio INSIDE-OUTSIDE. Są to działania stricte dokumentalne ale wykonane tradycyjnymi technikami tzw. analogowymi z camerą obscura włącznie. 




Witold Jagiełłowicz.
Poznań 01 grudnia 2012 r. 42,5x57cm 2/2


Na wystawie znajdzie się kilka zdjęć o proweniencji dokumentalnej ale są to kadry zawierające dużą dozę niedomówienia i ulotnej poezji. Tytuł wystawy mógłby być również tytułem filmu Cristiana Mungiu i jak w obrazach rumuńskiego reżysera również o fotografiach Witka nic nie wiemy do końca na pewno, przekaz znajduje się między kadrami, na pierwszy rzut oka widzimy fotodokument ale po uważniejszym przyjrzeniu się wydaje nam się, że jednak nie o czystą rejestrację chodziło autorowi. Tropem może dla nas być wielokrotne nawiązywanie przez Witka do tragedii mitycznego Ikara. Jedno z tych zdjęć autor zatytułował, po prostu, Upadek Ikara (Dębki 07 czerwca 2 012r. 56x42cm 1/1). Sceneria  zdjęcia mogła by być ilustracją wiersza Miłosza Piosenka o końcu świata, w którym poeta nawiązywał bezpośrednio do obrazu P. Bruegla. Widzimy rozległą bałtycką plażę, może po sezonie(?) po której przechadzają się nieliczni spacerowicze, większość kadru zajmuje jednolite szare niebo. Na tym niebie niezbyt wyraźna smuga. Ikarowi nie udało się wzlecieć ku słońcu, próbował ale w końcu upadł, nikt poza fotografem tego zdarzenia nie widział, nie wpłynęło ono na ludzi przechadzających się plażą. Zdjęcie Witka, wiersz Miłosza zdają się być parabolami ludzkiego losu a w naszym wypadku wszelkiej maści artystów z fotografami włącznie, najczęściej tak mało efektownie kończą się się śmiałe plany i szczytne zamierzenia. W młodości planujemy wiele, wszyscy chcemy być artystami, niestety codzienne mitręga szybko nas weryfikuje, walka o byt codzienny o osiągnięcie a potem utrzymanie poziomu życia szybko sprowadza nas do pionu. Dużo w tym i naszej winy, młodość zamiast tworzyć coś sensownego trwoni czas na zabawę i inne przyjemności... a zresztą kogo nasza twórczość obchodzi. Nielicznym się jednak udaje, może warto próbować? Wyjście? Jest bardzo proste, fotografia albo rodzina, rodzina i inna praca. Jeśli fotografia jest dla nas naprawdę ważna to poświęćmy się jej na 100%, koniecznie zawodowo i to jak najszybciej, przed trzydziestką a nie jęczmy później, że nie mamy czasu i kasy aby zrobić powiększenia, przygotować wystawę, album, katalog. Albo zawodowstwo albo tkwienie w niszy, niszy, niszy... Nie da się osiągnąć zadowalających efektów w uprawianiu fotografii weekendowo, od czasu do czasu. Wybierając drogę tworzenia na marginesie realnego życia wspiąć się możemy jedynie na poziom szlachetnego miłośnictwa.

Podążam więc za Witkiem, zamykam oczy i...

       ---

Witold Jagiełłowicz napisał o sobie: urodzony w 1967 roku w Trzciance. Pierwsze prawdziwe lekcje fotografii odebrał w latach 80-tych na kółku fotograficznym prowadzonym przez Henryka Króla w Trzcianeckim Domu Kultury. Współzałożyciel „Foto Klubu MC” i od początku jego powstania aktywny uczestnik licznych akcji artystycznych, wystaw i sympozjów fotograficznych organizowanych przez Trzcianecki Klub. Członek Zarządu  Nadnoteckiej Fundacji Artystycznej.
Po krótkiej przygodzie z fotografią prasową w latach 1992-1997 ,dokonuje oddzielenia życia zawodowego od pasji fotograficznej, którą traktuje jako przestrzeń wolności. Wraz z Bogusławem Biegowskim i Pawłem Kosickim jest współinicjatorem powstania w październiku 2008 roku Kolektywu Fotograficznego „Świetlica” skupiającego ludzi wcielających w życie utopijną idę kolektywnej pracy twórczej z zachowaniem i wspieraniem indywidualnych postaw artystycznych. Jest współautorem i uczestnikiem wielu działań fotograficznych realizowanych przez „Świetlicę”.






Piosenka o końcu świata

Czesław Miłosz
      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
      W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.

      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.

      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.

Ocalenie, 1945

piątek, 24 października 2014

Mój imperatyw, cz. 1. Kolejowa 24





Zabytkowa kamienica przy ulicy Kolejowej (24) znalazła nawet swoje miejsce w portalu turystycznym Polska Niezwykła. I wcale nie z powodu swojej urody, jest pięknym przykładem mieszczańskiej architektury secesyjnej. Sławę miejsca, które należy omijać, budynek zyskał po wojnie, w 1945 r. usadowili się tutaj funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W piwnicach zorganizowali areszt, gdzie więzili żołnierzy antykomunistycznego Wojska Polskiego oraz osoby podejrzewane o niesprzyjanie władzy ludowej. Miejsce stanowiło centrum sterowania i represji skierowanych wobec Żołnierzy Wyklętych, jak obecnie nazywa się działających do 1956 r. członków dawnej Armii Krajowej i NSZ.
W piwnicach budynku przy ul. Kolejowej, funkcjonariusze UB, torturami wymuszali zeznania. Z Wągrowca więźniów wywożili na rozprawy do Poznania. Po wyrokach skazujących osadzano ich w więzieniu przy ulicy Młyńskiej. Po wykonaniu wyroków śmierci UB grzebało ich na poznańskich cmentarzach. O ponurej przeszłości kamienicy przypomina wmurowana w ścianę budynku okolicznościowa tablica.






Po PUBP kamienicę zajmowała komenda powiatowa Milicji Obywatelskiej i oraz Służba Bezpieczeństwa (do lat 90 XX wieku). Po przeniesieniu komendy do nowej siedziby w kamienicy mieści się świetlica i stołówka Gimnazjum. 

W innym miejscu znajdujemy informację o obozie NKWD w Wągrowcu.*) Może chodzi o przejściowy obóz dla Niemców, którzy do 1945 r. stanowili znaczny procent mieszkańców powiatu?





Nie miałem racji **) pisząc,  że na tym terenie nie zdarzały się spektakularne akcje oddziałów podziemia antykomunistycznego wymierzonych w UB i wyjątkowo gorliwych przedstawicieli komunistycznej władzy. Wydaje się, że powiat dość długo opierał się władzy robotniczo-chłopskiej. Oddział Biskupa (AK) rozbity został dopiero w 1950 r. Pamiętać należy, że przed wojną w mieście, podobnie jak w całej Wielkopolsce silne były wpływy endecji. Dlaczego dzisiaj miasto jest enklawą komuny, czerwonym skansenem na mapie Wielkopolski? Bo ruch niepodległościowy w latach 1945-50 był tutaj mocny. Siły NKWD i rodzimej bezpieki rzucone na ten teren musiały być wyjątkowo duże, dobrze uzbrojone i wyszkolone. Walka była długa i zacięta ale skuteczna. Wszelki opór wobec narzuconej siłą władzy został zdławiony. Trudno powiedzieć do kiedy stacjonowali tutaj enkawuziści ale chyba dość długo, bez tego sowieckiego wsparcia rządy komunistów nie trwały by nawet kilku dni. Pokazano mi kiedyś zdjęcia zrobione krótko po wojnie, na których w widzimy świetną komitywę przedstawicieli cywilnej władzy (z pierwszym starostą, Zbigniewem Dolatkowskim na czele) i oficerów NKWD, do tego w rozbawionym damskim towarzystwie. Niestety osoba będąca w posiadaniu archiwum Dolatkowskiego nie zezwoliła mi na ich publikację. 
Sytuacja była wtedy podobna jak w czasie niedawnej okupacji, tak jak Niemcy, zwalczając polskie podziemie, korzystali z usług miejscowych volksdeutschów i kolaborantów, tak samo Sowieci, znaleźli czynne wsparcia u komunistów, różnego rodzaju oportunistów i kryminalistów chętnie podejmujących współpracę z nowym z okupantem, liczących na łupy i protekcję.
Po 1945 nachalnie budowana była legenda wyzwoliciela miasta pułkownika Andrieja Nikitycza Paszkowa, pochowanego pierwotnie na Rynku (Placu Paszkowa), na jego grobie długo jeszcze stał czołg-pomnik, zastąpiony później potężnym obeliskiem postawionym ku czci wyzwoleńczej Armii Czerwonej. Zwłoki Paszkowa i dwóch innych oficerów radzieckich dopiero w 1950 przeniesiono na cmentarz farny. Pomnik zburzony został całkiem niedawno, dopiero w 2008 r.(!) Jego replika stoi jednak na wągrowieckim cmentarzu farnym. Nikomu nie przeszkadza kamień upamiętniający milicjantów i ubeków zabitych przez antykomunistycznych powstańców a znajdujący się na rogu ulicy nazwanej na cześć zabitego w potyczce z partyzantami milicjanta Mieczysława Jeżyka. 



Czy w tej piwnicy aresztowani i katowani byli wielkopolscy patrioci?

Niedawno w Głosie Wielkopolskim ukazała się informacja o ostatnim zgładzonym w Wielkopolsce więźniu politycznym - organizatorze ucieczki z więzienia w Wągrowcu - Zygmuncie Góralskim (pochodzącym ze Żnina) zgładzonym i pochowanym na cmentarzu w Poznaniu. W sierpniu 2014, redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak pisał: „8 czerwca 1950 roku z więzienia karno-śledczego w Wągrowcu uciekło dwóch odsiadujących tam kary za posiadanie broni i znieważenie portretu Józefa Stalina więźniów politycznych - Romuald Broniecki z Przysiecznej***) i Józef Antkowiak z Glinna (pow. Wągrowiec). Wydostali się za mur dzięki opuszczonej na plac spacerowy drabinie. Organizatorem ucieczki był 20-letni strażnik więzienny, Zygmunt Góralski pochodzący ze Żnina.




źródło: Głos Wielkopolski

Akcja odbyła się z inicjatywy Zygmunta Biskupa, dowódcy Pierwszego Plutonu Szturmowego Armii Krajowej Ziemi Wielkopolskiej, do którego Góralski należał. Uciekinierzy schronili się w lasach. Zanim rozdzielili się, strażnik dał więźniom swój pistolet maszynowy PPSz (tzw. pepeszę). Nie udało mu się dotrzeć do oddziału AK - został on zresztą rozbity jeszcze w 1950 roku. Ścigany listem gończym Góralski ukrywał się w lasach i u swojej rodziny prawie dwa lata. Kiedy w maju 1952 roku został osaczony przez funkcjonariuszy UB ostrzeliwał się z pistoletu.
Organizatora ucieczki z więzienia w Wągrowcu skazano w październiku 1952 roku. Był sądzony za pomoc w uwolnieniu więźniów, przekazanie broni partyzantom, dezercję, atak na funkcjonariuszy UB i rozpowszechnianie informacji mających zakłócić sojusz ze Związkiem Radzieckim. Góralski otrzymał najsurowszy wyrok spośród wszystkich członków Pierwszego Plutonu Szturmowego AK - karę śmierci. Na egzekucję czekał w celi aż pół roku. Dwa dni po zabiciu Zygmunta Góralskiego pochowano go na cmentarzu komunalnym na Miłostowie - pod nazwiskiem Góralczyk. Był on ostatnim więźniem politycznym zgładzonym w okresie stalinowskim w Wielkopolsce - ofiarą zbrodni sądowej. 



źródło: Głos Wielkopolski

źródło: Głos Wielkopolski


Jak już wcześniej informowaliśmy (...) wiosną Instytut Pamięci Narodowej przeprowadził w Poznaniu ekshumacje Edwarda M. skazanego za przestępstwa kryminalne - napady na Gminną Kasę Spółdzielczą w Kaźmierzu. Ustaliliśmy, że nie zajęto się jednak pochowanym na tym samym cmentarzu Zygmuntem Góralskim. Czy i kiedy IPN zajmie się identyfikacją i godnym upamiętnieniem odważnego strażnika z Wągrowca - nie wiadomo. Informacji na ten temat nie udzielił nam pytany o Góralskiego Krzysztof Szwagrzyk, naczelnik Samodzielnego Wydziału Poszukiwań IPN." (Krzysztof M. Kaźmierczak, Głos Wielkopolski 2014)

Uzupełnienie 2016. Już po napisaniu tego tekstu na stronie Pałuki TV ukazał się szczegółowy tekst Ostatnia ofiara zbrodni sądowej w Wielkopolsce poświęcony Zygmuntowi Góralskiemu. Polecam >>


źródło: Głos Wielkopolski


W pobliżu Wągrowca (1945-1947) często pojawiał się także 30-osobowy oddział Zdzisława Zalecińskiego - Chmury, później Rysia.  W latach 1946-47 bardzo aktywnie działał też kilkuosobowy Szturm Podziemny pod dowództwem Jana Mendoszewskiego, któremu udało się rozbić posterunek MO w Janowcu Wielkopolskim. W tym samym mniej więcej czasie inna grupa partyzantów rozbiła posterunek MO w Gościeszynie.

Wskutek daleko idących represji, zmniejszenia zaplecza społecznego i ogłoszonej przez komunistyczne władze 22 lutego 1947 r. kolejnej amnestii, aktywność podziemia zbrojnego zaczęła zanikać, a kontakty pomiędzy poszczególnymi grupami się rozluźniły, przez co przeprowadzane działania nie podlegały koordynacji. (za PałukiTV)


Kolejowa 24, podwórze, okna świetlicy szkolnej.

Wspomniany wcześniej I Pluton Szturmowy AK Ziemi Wielkopolskiej nazywany po prostu Oddziałem Biskupa, działał na terenie powiatu w latach 1948 - 1950. Dowodził nim Zygmunt Biskup Błyskawica, a od sierpnia do grudnia 1950 r. wspomniany już Zdzisław Zaleciński. Oddział był spory, liczył 31 żołnierzy. W aktach UB znajdujemy notatkę: „Sr. 152/51. Latem 1950 r. na terenie Wągrowca zostaje założona organizacja "Armia Krajowa" przez pracownika pocztowego Zygmunta Biskupa. Działała do jesieni 1950 r. Biskup z polecenia dowódcy organizacji o nazwie "I Pluton Szturmowy Ziemi Wielkopolskiej" - Zygmunta Zalecińskiego vel Góralskiego, Goralczyka ps."Chmura" tworzy organizację której teren działania miał objąć w przyszłości powiaty Wągrowiec i Chodzież. Organizacja nawiązywała do tradycji AK. Celem było gromadzenie broni i środków do prowadzenia działalności. Z Urzędu pocztowego w Wągrowcu zabierają bron i amunicję. Grupa liczyła 31 osób. Skazani wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu: Kamasa Henryk, Banaszkiewicz Teodor, Wegner Czesław, Pisarek Józef, Budynek Stanisław. OKBZPNP”
Ponadto w tym samym czasie działalność podziemną kontynuowało na terenie Pałuk kilka osób z Konspiracyjnego Wojska Polskiego, którymi dowodził Antoni Fryszkowski, a od sierpnia 1947 r. Stanisław Matuszewski Mściciel.

Za każdym razem, kiedy przechodzę koło tej pięknej, secesyjnej kamienicy,
w centrum miasta - byłej ubeckiej katowni - czuję się nieswojo.


--- Podsumowując - w wykazie organizacji niepodległościowych działających na terenie Wielkopolski w latach 1945 – 1956 ****) uzupełniając o inne źródła naliczyłem co najmniej 6-7 zbrojnych oddziałów działających w różnym czasie na terenie miasta, powiatu wągrowieckiego i ościennych:
  • Zaleciński, oddział o nieustalonej proweniencji, dow. Zdzisław Zaleciński, liczebność ok. 30 osób, 1945-pocz. 1947
  • I Pluton Szturmowy AK Ziemi Wielkopolskiej, Oddział Biskupa później Chmury, Rysia, dow. Zygmunt Biskup Błyskawica, od VIII 1950 Zdzisław Zaleciński Chmura, Ryś,  liczebność wg. różnych źródeł od 12 do 31 osób, 1948-1950 (źródła podają różne daty)
  • Oddział NSZ Burza, dow. Tadeusz Ciemniak psBurza, liczebność 10 osób, X 1945-26 I 1946
  • Oddział Zemsta  lub   Zryw Młodych do Walki  z Komunizmem 1950-1952, powiat wągrowiecki   woj. Bydgoskie
  • Grupa Leśna Pogromcy (Żurek, Pogromca) lub Ruch Oporu  AK, oddział o nieustalonej proweniencji możliwe, że AK,  VI 1945-28 IX 1946  dow. por Teofil Żurek (Pogromca, Szef, Ojciec);  Gniezno - Wągrowiec - Żnin
  • Szturm Podziemny, oddział poakowski, liczebność kilka osób, 1946-47, dow. Jan Mendoszewski
  • Konspiracyjne Wojsko Polskiego, dow. Antoni FryszkowskiStanisław Matuszewski Mściciel.

źródło: Głos Wielkopolski

Tyle na początek c.d.n.

Więcej zdjęć (cyfrowych) obiektu z ulicy Kolejowej umieściłem na Picasie >>

Uzupełnienie z 1.03.2016

Dziękuję Piotrowi, z informacje o jeszcze jednej grupie działającej na Pałukach. Bracia Bogdan ps. Madaj i Zbisław ps. Jaguar Hądzlikowie już w 1939 roku, zapoczątkowali działalność podziemną na terenie Wielkopolski. W czasie okupacji niemieckiej ich oddział utworzyli działający na terenie Nadleśnictwa Gołabki liczył 70 osób. Walkę kontynuowali po wkroczeniu Armii Czerwonej na teren Pałuk. Dalej cytuję Bartosza Woźniaka (Pałuki nr 1129/40/2013): W rejonie Trzemeszna i Żnina kontynuował działalność z czasów wojny Oddział Leśny AK Korona, określany także jako Banda Madaja lub Organizacja Nocnych Kotów. Ujawniony, a później reaktywowany pod dowództwem Bogdana Hądzlika oddział, w skład którego wchodziło 12 osób, nie przetrwał fali aresztowań ze strony UB i pod koniec listopada 1946 r. został rozwiązany (...)
 W okresie od stycznia 1946 r. do kwietnia 1947 r. Pałuki były terenem działań dla oddziałów o nieustalonej proweniencji. Była to Grupa Leśna Pogromcy, którą od czerwca 1945 r. dowodził por. Teofil Żurek Pogromca, Szef, Ojciec. Liczyła ona 30 osób i dawała o sobie znać m.in. w okolicach Janowca Wielkopolskiego i Wągrowca. Oddział ten został rozbity 28 września 1946 r. pod Łopiennem po starciu z grupą operacyjną UB-MO. Po stronie partyzantów straty wyniosły 14 aresztowanych i 1 zabitego, natomiast po drugiej stronie zginął funkcjonariusz MO. O próbę obalenia ustroju państwowego, która wyrażać się miała udziałem w napadach i zamachach na członków PPR oraz o członkostwo w tym oddziale został oskarżony Izydor Felcyn, który po śmierci por. Żurka objął dowództwo nad ocalałą częścią oddziału. Posiadał automat, pistolet, amunicję i 2 granaty. Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu 18 grudnia 1946 r. w trybie doraźnym skazał go z jednego paragrafu na karę śmierci, a z innego na 10 lat więzienia. Bolesław Bierut 27 grudnia 1946 r. nie skorzystał wobec niego z prawa łaski.
     W pobliżu Wągrowca pojawiał się także 30-osobowy oddział Zdzisława Zalecińskiego Chmury, Rysia, dowodzącego od 1945 r. do początku 1947 r. W tym czasie w siatce Konspiracyjnego Wojska Polskiego aresztowanego Gabriela Fejcho 12 kwietnia 1946 r. zastąpił Antoni Fryszkowski Ryś.
W okolicach Wągrowca w latach 1946-47 aktywny był też kilkuosobowy Szturm Podziemny pod dowództwem Jana Mendoszewskiego, za którego sprawą został rozbity posterunek MO w Janowcu Wielkopolskim. W tym samym mniej więcej czasie inna grupa partyzantów rozbiła posterunek MO w Gościeszynie.
     Wskutek daleko idących represji, zmniejszenia zaplecza społecznego i ogłoszonej przez komunistyczne władze 22 lutego 1947 r. kolejnej amnestii, aktywność podziemia zbrojnego zaczęła zanikać, a kontakty pomiędzy poszczególnymi grupami się rozluźniły, przez co przeprowadzane działania nie podlegały koordynacji.
     Od kwietnia 1947 r. do grudnia 1950 r. na Pałukach pewną aktywnością wykazywał się jeszcze I Pluton Szturmowy AK Ziemi Wielkopolskiej, którym najpierw dowodził Zygmunt Biskup Błyskawica, a od sierpnia do grudnia 1950 r. wspomniany już Zdzisław Zaleciński. Oddział liczył 12 żołnierzy. Oprócz tego w tym czasie działalność w podziemiu kontynuowało na terenie Pałuk kilka osób z Konspiracyjnego Wojska Polskiego, którymi dowodził Antoni Fryszkowski, a od sierpnia 1947 r. Stanisław Matuszewski Mściciel.
Więcej Pałuki TV >>>

---
*) Obozy NKWD i Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego były zlokalizowane w Bakończycach koło Przemyśla, Białymstoku, Bytomiu, Chełmnie, Chodczu, Ciechanowie, Dęblinie, Działdowie, Elblągu, Gorzowie Wielkopolskim, Grabowie nad Pilicą, Grudziądzu, Hrubieszowie, Inowrocławiu-Mątwach, Iławie, Kędzierzynie, Kętrzynie, Kijanach, Kraskowie, Krzesimowie, Krzystkowicach, Lędzinach, Lublinie-Majdanku, Łabędach, Mysłowicach, Nakle nad Notecią, Opolu, Ostrowi Mazowieckiej, Otwocku, Pile, Poznaniu, Pustkowie, Pyskowicach, Raciborzu, Rembertowie, Rykach, Sanoku, Sępolnie Krajeńskim, Skrobowie, Sokołowie Podlaskim, Sokółce, Świętoszowie, Wągrowcu, Wrocławiu, Toszku, Trzciance, Zabrzu, Zdzieszowicach i Żaganiu. Wykazano wiele staranności w zacieraniu śladów. Tablice pamiątkowe zostały wyrwane, a ślady nadal są zacierane. (Źródło: http://blog-roll-polityczny.blogspot.com/2012/09/ja-jestem-rusofobem.html)

**) Prawda jest najważniejsza, (10.10.2014). Pinholeandphotodocument

***) raczej Przysieczyn lub Przysieka


****) http://hczarnecki.republika.pl/wykazorg.htm

..: HISTORIA :..

Kazimierz Biskupi

Na szlaku zabytków romańskich (VII) Zabytków architektury romańskiej w Polsce mamy niewiele, tym bardziej są cenne i warte pozna...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy