Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mojego archiwum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mojego archiwum. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 maja 2017

Zapomiana klisza




Teatr Biuro Podróży, 1991 r. Zdjęcie ze spektaklu Einmal ist keinmal. Na pierwszym planie Zbysław Kaczmarek, w tle Andrzej Rzepecki, Kuba Klimaszewski. Wśród widowni, w lewym dolnym rogu Jan Kasper (poeta, twórca Teatru Prób)

 

Archeologia Fotografii (Teatralnej)

Teatr Biuro Podróży.  Einmal ist keinmal 

Wertując pudło ze starymi negatywami, szukając czegoś zupełnie innego trafiłem na nieopisaną rolkę filmu 120,  w innym miejscu znalazłem dwa powiększenia 18x24 cm z małego obrazka. Na odwrocie jednej z odbitek znajdował się opis wykonany moim charakterem pisma Biuro Podróży, 1991. Nie byłem jednak na 100% pewny czy opis nie pochodzi z innego czasu niż zdjęcia, zupełnie nie pamiętałem spektaklu, okoliczności okoliczności wykonania zdjęć. W tamtych czasach w sali LO odbywało się wiele spektakli teatrów niezależnych i amatorskich. O zdjęcia i osoby występujące na zdjęciach zapytałem u samego źródła, w istniejącym do dzisiaj Teatrze Biuro Podróży --->
Dzisiaj z całą pewnością mogę powiedzieć, że fotografie wykonałem w 1991 roku podczas spektaklu Einmal ist keinmal, w Auli LO im. Powstańców Wielkopolskich w Wągrowcu. Dzięki uprzejmości Marty Strzałko i Jarosława Siejkowskiego udało się się zidentyfikować spektakl i aktorów w nim występujących - w 1991 r. w przekształconej w scenę teatralną Auli LO. Był to pierwszy spektakl Biura Podróży. Kto znalazł się na tych zdjęciach? Na potwierdzenie identyfikacji natknąłem się w jednym z wywiadów Pawła Szkotaka, twórcy, dyrektor Teatru: kilkoro, młodych ludzi, studentów, spotkało w późnych latach 80 się w ciemni akademika Zbyszko aby potem wspólnie założyć teatr. Na początku w tej ciemni był wtedy ze mną tylko Zbysław Kaczmarek. Długo rozmawialiśmy. I tak się wszystko zaczęło. Potem dołączyli do nas Andrzej Rzepecki, Kuba Klimaszewski i Grażyna Nawrocka-Skibińska. To był pierwszy filar Biura. Pierwszy skład naszego pierwszego spektaklu Einmal ist keinmal (premiera 1988 r.). Wszystkie wymienione osoby znajdują się na moich zdjęciach z 1991 r. Więcej --->


Zbysław Kaczmarek


Biuro Podróży okazało się jednym z najciekawszych polskich teatrów alternatywnych wyrastający z doświadczeń kontrkultury - głównie teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego i Odin Teatret Eugenia Barby.
Biuro Podróży wzięło od Laboratorium znacznie więcej niż tylko regułę ciężkiego treningu aktorskiego oraz ideę aktu całkowitego (...) - pisał Tomasz Plata. - członkowie zespołu udowodnili, że interesują ich niemal dokładnie te same tematy, które wcześniej były przedmiotem zainteresowania Grotowskiego, i które po Grotowskim podjęła cała generacja kontrkultury. Opresywna funkcja systemów społecznych, napięcia powstające na styku społeczność-zbuntowana jednostka, bluźnierstwo lub ofiara jako szansa na zachowanie przez jednostkę godności - do wszystkich tych kwestii Biuro powracało wytrwale i systematycznie. (Dialog, 1999, nr 10)
Teatr, podobnie jak Laboratorium Grotowskiego, odwoływał się do tradycji polskiego romantyzmu z jej wiarą w sens wolnej, ale i społecznie zaangażowanej twórczości.
Wyrastaliśmy w romantyzmie. - mówił Szkotak. - Kiedy mieliśmy szesnaście, siedemnaście lat, w Polsce działa się wielka rewolucja. To był czas romantycznego zaślepienia, ale i romantycznego uniesienia. Żyliśmy tym. (Życie, 13 listopada 1996)


 Andrzej Rzepecki, Kuba Klimaszewski, Zbysław Kaczmarek


Kuba Klimaszewski, Andrzej Rzepecki, Zbysław Kaczmarek


Na kilku zdjęciach widzimy Andrzeja Rzepeckiego (w środku). W Teatrze Biuro Podróży Andrzej Rzepecki zagrał w czterech przedstawieniach: Einmal ist keinmal, Łagodny Koniec, Giordano i Carmen funebre.
W 1992 roku zespół przygotował sławne, spektakularne widowisko plenerowe Giordano. Opowiadał w nim historię Giordano Bruno skazanego przez Inkwizycję na śmierć. W spektaklu wykorzystano fragmenty dzieł włoskiego filozofa i astronoma oraz dokumenty z procesu, w tym zeznania świadków. Giordana przejmująco zagrał właśnie Andrzej Rzepecki. Po premierze Giordana Katarzyna Gruszczyńska-Jesień napisała: Rzepecki w roli Giordana jest tak wiarygodny, że ludzie reagują łzami, okrzykami. Jego poniżone ciało wleczone przez oprawców po bruku, torturowane ogniem i wodą, przez swą bezbronną nagość pozostaje wyzywająco czyste i święte. Wtedy niektórzy krytycy okrzyknęli Rzepeckiego następcą Ryszarda Cieślaka z Teatru Laboratorium. Tak się nie stało. Andrzej Rzepecki zginął w wypadku za Berlinem 3 sierpnia 1994,   był to moment gdy teatr Biuro Podróży zaczynało zdobywać uznanie branży. Śmierć świetnie zapowiadającego się artysty była cezurą w działalności zespołu, kilka osób wtedy odeszło z Teatru. Zawaliło się w momencie, kiedy mieliśmy poczucie, że zaczęło się dziać coś dobrego. - mówił Paweł Szkotak - Że zaczynamy jeździć, że nasze marzenia zaczynają się realizować. Dla mnie to był też taki moment, pierwszy w życiu, kiedy zrozumiałem, że są rzeczy nieodwracalne. A przedtem zawsze mi się wydawało, że wszystko można naprawić. Myślę, że wtedy tak naprawdę skończyła się moja młodość.

O Andrzeju Rzepeckim pisał również Stefan Drajewski w 2008 r. Polecam tekst. --->


Zbysław Kaczmarek i Grażyna Skibińska

Jerzy Lewczyński pod koniec swego życia w ogóle nie pokazywał swoich zdjęć, wyłącznie kopie, wydruki a nawet kserokopie cudzych, znalezionych, porzuconych, zgubionych, wyrzuconych na śmietnik. Daleko mi jeszcze do tak ekstremalnej postawy bowiem okazuje się, że w moich pudłach znajdują się nieprzebrane ilości negatywów, wglądówek i powiększeń zapomnianych.  Kiedyś wydawało mi się, że pamiętam okoliczności powstania większości swoich zdjęć. Dzisiaj muszę to zweryfikować, zapomniane przez autora negatywy ze spektaklu Einmal ist keinmal świadczą o tym najlepiej.
Przeglądając stronę internetową Biura Podróży odniosłem wrażenie, że mimo teatr powstał w ciemni DS Zbyszko to zdjęć z pierwszych przedstawień jest tam niewiele. Wiem, ze okres pierwszych spektakli plenerowych - od Giordana  - dokumentował Bogusław Biegowski ale jego zdjęć też nie widzę na stronie.



Zbysław Kaczmarek, Grażyna Skibińska, Andrzej Rzepecki i Kuba Klimaszewski


Zbysław Kaczmarek

Grażyna Skibińska i Zbysław Kaczmarek


------
Artykuły uzupełniające:
Poznań zagłębiem teatru niezależnego - Na portalu  e-teatr --->
Teatr Biuro Podróży na portalu Culture --->


niedziela, 16 kwietnia 2017

Inspiracje-konsternacje. Jerzy Lewczyński




Tysiące i miliony sekund utrwalonych w materii negatywu tworzą nieskończone pasmo opasujące nasze istnienie. Bieg obrazów przypomina ruch elektronów wokół jądra atomu. Ciągle i dalej w nieznanym kierunku i rytmie wyznaczają drogi naszego życia. Rzekomo fotografia nawet wtedy, gdy proces technologiczny był jeszcze nieznany, istniała w umysłach naszych przodków w postaci śladu wewnętrznej projekcji. Co tworzy tę tajemniczą, nieskończoną wokół niej aurę? Pozornie kruche i łatwe do zniszczenia tworzywo papierowe zachowuje się czasami jak najlepszy marmur karraryjski, przyjmując wszelkie cechy starej i szlachetnej materii. Zauważyć to można, gdy oglądamy i dotykamy starych fotografii. Wtedy ślad zniszczenia i dotyku wielu rąk stanowią o sile przekazywanego obrazu.

Jerzy Lewczyński 1989





Negatywy znalezione na ulicy, zapomniane zdjęcia na strychu, albumy wyrzucone na śmietnik to - życie zagubione, biografie nikomu niepotrzebne; Często, zdjęcia to wszystko co pozostaje po istotach ludzkich. 
Zwinięty w rolkę negatyw leżał między szpargałami, książkami i bibelotami. Zapakowany był w tekturowe pudełko po enerdowskim średnioformatowym filmie NP22. Na nim odręczny napis długopisem „p. Molik Paweł” - zapewne to nazwisko osoby, która zleciła wywołanie negatywu? Typowe zdjęcia pamiątkowe ani bardziej ani mniej udane. Miejsce trudno określić, wieś - przedmieście, taka ulica, takie jezioro może być wszędzie. Sądząc po strojach i fryzurach ten film naświetlony został we wczesnych latach 70. Zaintrygowało mnie nazwisko na pudełku, MOLIK, osób noszących to nazwisko jest w Polsce 1480, od razu pomyślałem o Zygmuncie Moliku (1930-2010) legendarnym aktorze Teatru Laboratorium, twórcy metody treningowej „ćwiczenia głosowe” -->. Może rodzina?
Nie sposób odgadnąć dlaczego negatyw opisany „p. Molik Paweł” wylądował na straganie, dlaczego okazał się komuś niepotrzebny, być może odeszła ostatnia osoba, która kojarzyła osoby uwiecznione na zdjęciach. Od czasu naświetlenia kliszy minęło mniej niż 50 lat; tak niewiele trzeba aby zapomnieć. Podobnych eksponatów w moim archiwum znajduje się jeszcze kilka: album wygrzebany ze śmietnika, szklane negatywy z lat 20 XX wieku czy paczka kolorowych slajdów z pochodu pierwszomajowego sprzed 50 laty...
Przez wiele(?) lat 12 klatek średnioformatowego negatywu opisanego „p. Molik Paweł” wiodło swoje życie utajone. Dzisiaj - 16 kwietnia 2017 r - zaczynają swoje drugie życie.





Inspiracje. Jerzy Lewczyński

Niedawno (2014) odszedł Jerzy Lewczyński, fotograf którego znaczenie będzie rosło w miarę upływu czasu. Dzieło, które pozostawił jest ogromne, a że Lewczyński posiadał swoisty szósty zmysł archiwizatora sądzę, a że z czasem uda się ten ogrom materiału ogarnąć; sam Wielki Archiwizator nie zdążył. 
„Myślałem, że to uporządkuję, nic się nie udało. Miałem uporządkować tematami: architektura, wydarzenia, Towarzystwo Fotograficzne ale jak to zrobić, kiedy na jednym zdjęciu kilka tematów? Datami próbowałem, też nie wyszło”. Do tego dokumenty, rachunki za meble, papiery na wszystko. JL walczy z papierem, za dużo zebrał zdjęć, które wzruszają jego i tylko jego.”

Wojciech Nowicki zdążył jeszcze przeprowadzić z Lewczyńskim długą rozmowę, której fragmenty wraz ze swoimi refleksjami zamieścił w wydanej całkiem niedawno swojej drugiej książce o fotografii pt. Odbicie (Wyd. Czarne 2015).






Książka Nowickiego jest literacką realizacją idei Lewczyńskiego, którą sam artysta określił pojęciem >archeologia fotografii<. Trudno mi się zgodzić ze wszystkim co Lewczyński mówi i pisze o fotografii, choćby z jego prostym uzasadnieniem miękkiego przejście do cyfry*/, traktowaniem przez artystę oryginału i kopii; trzeba jednak podkreślić, iż Jerzy Lewczyński od samego początku był nowatorem, zawsze znajdował się o kilka kroków przed wszystkimi. Fotografia dla Lewczyńskiego była całym życiem a archeologia fotografii jest wyraźnie wybijającym się na pierwszy plan nurtem w jego twórczości:
...w wielkim skrócie można by określić jako przywracanie znaczenia wszystkiemu, co odrzucone, pogardzone, skazane na zapomnienie, na łaskę i niełaskę losu. Pasjonuje go swoiste "życie po życiu" fotografii; stare porzucone zdjęcia, przeżarte wilgocią negatywy znajdowane na strychach i w szufladach zamienia Lewczyński w znak kulturowy o niezwykle głębokim nasyceniu egzystencjalnym i znaczeniu dokumentalnym. Swoistym „bohaterem” wielu jego zdjęć i kompozycji zdjęciowych stała się nie tyle ludzka bezradność wobec „zapisanego” światłem w postaciach, rzeczach i zdarzeniach czasu, ile swoista prawda działań tego ostatniego zaznaczana przez zacieki, wilgoć, załamania papieru, jego rozdarcia, ślady brudu i pleśni wżerającej się w każdą próbę - choćby na chwilę - zatrzymania życia. Lewczyński poddaje ponownej obróbce zdjęcia odkrywane w najbardziej przypadkowych miejscach; podnosi do rangi artystycznego wydarzenia odnajdywane w rozmaitych zakamarkach zapomniane negatywy. Jedną z jego z najwspanialszych przygód stało się przywrócenie do istnienia świata, który pozostał po przedwojennym chłopskim fotografie z Zamojszczyzny Feliksie Łukowskim (Kazimierz Nowosielski).

Lewczyński brał i zawłaszczał to co go interesowało, fotografię, pismo, obraz, dowolny przedmiot i podnosił do rangi sztuki. Kopiowanie było u niego gestem autorskim.
Zdjęcia – nieważne, czy jego własne czy zapożyczone – są fragmentami świata, więc mogą zostać na nowo użyte, na nowo sfotografowane; są obrazami przedmiotami, można więc kopiować i utrwalać ich wtóre albo kolejne życie.






*/„Technika, całe to czarowanie, o którym w nieskończoność opowiadają jego rówieśnicy, wydaje się nie mieć dla Lewczyńskiego najmniejszego znaczenia. Żadnego skomlenia, ciemniowej mitologii, nic. Powiększalnik i kuwety zamienił w pewnym momencie na drukarkę, jak się wydaje bez – bez żalu. Zdjęcie jest obrazem, ilustracją, nie trzeba mu wypieszczenia, choć akurat jego odbitki są wypieszczone, ale mówi o tym, jakby się to działo mimochodem, jakby nie przykładał do tego ręki. Tu też trzeba dostrzec jego nowoczesność, w tym odrzuceniu właśnie: poszedł aż do końca za logiką narzędzia. W końcu fotografia powstała po to tylko, żeby łatwiej było kopiować z natury , żeby się nie męczyć z rysunkiem i żeby wierniej oddawać obraz i obraz powielać; u niego podobnie: jest idea wyrażona i dostosowana do niej współczesna technika.Laserowy wydruk, kopia ze starego zdjęcia, mówią, to nie jest odbitka vintage(kurs), oryginalna, z epoki. Ma zupełnie inną wartość. „Dla mnie odpowiada na to JL - ma taką samą.”




Negatywy znaleziony na ulicy, Tryptyk znaleziony na strychu, Negatywy znalezione w Nowym Jorku to tytuły kolejnych prac JL, zdjęć znalezionych na śmietnikach. Jednak tematem zdjęć znalezionych Lewczyńskiego nie są przedstawione osoby, ale samo medium, fotografia, jej cel i bezcelowość jednocześnie. Najczęściej, i to za sprawą samego Lewczyńskiego, ta seria - zdjęcia, których nie można pominąć, kiedy się o nim mówi - odczytywana była jako na wiązanie do ready mades, sięganie po przedmioty gotowe lub wprowadzenie zdjęć nieartystycznych do galerii i muzeów, bo - pisze Elżbieta Łubowicz „znalezione na strychu, na ulicy lub wręcz na śmietniku cudze, anonimowe, zniszczone fotografie portretowe Jerzy Lewczyński podnosi do rangi równej dziełu sztuki, eksponując wykonane przez siebie ich kopie właśnie jako dzieła cudze, nie własne”!



Wydaje mi się, że ta cała archeologia fotografii to melancholia i zwątpienie w dokumentalną wartość fotografii. Jerzy Lewczyński wielokrotnie próbował prowadzić śledztwa w sprawie identyfikacji osób utrwalonych, zawsze bez powodzenia. 
Zdjęcie nieopisane, na którym widnieją niezidentyfikowane osoby, obiekty czy miejsca dla archiwisty nie mają praktycznie wartości, dlatego pełnić mogą co najwyżej rolę co najwyżej ready mades. Twórczość Lewczyńskiego była konsekwencją poszukiwań zapoczątkowanych jeszcze w latach '50 XX wieku; współpracował wtedy z Beksińskim i Schlabsem, ich artystyczna kolaboracja zaowocowała pokazem Antyfotografii w 1959 r.
Niewielu wtedy zrozumiało znaczenie tej ekspozycji dla fotografii polskiej; jeden z recenzentów stwierdził, że artyści weszli na błędną drogę, na której fotografia jako sztuka traci swoją specyfikę zdobytą dzięki reportażowi a inny określił wystawę jako arenę igraszek formalnych wysokiej klasy godzących w specyfikę fotografii artystycznej. Jerzy Lewczyński pokazał wtedy 17 fotografii, w tym dwa zestawy po 3 fotografie, prace rejestrowały różne ślady ludzkiej działalności; ukazywał pospolite przedmioty wyrzucone, zużyte naznaczone ludzką aktywnością - kartkę z rachunkami, stronę zeszytu szkolnego czy słup z plakatem itp. Wówczas jeszcze, artysta używał wyłącznie własnych fotografii, w większości z nich ograniczając obróbkę estetyczną prac, decydując, by do widz odnalazł historię zapisaną w znalezionych i sfotografowanych przez artystę przedmiotach.



wtorek, 14 marca 2017

Grotowski (II) Precyzja

Prawdziwe piękno to precyzja
Michael Haneke
Precyzję można uzyskać tylko
poprzez dużą ilość treningów i ćwiczeń

Bruce Lee


Polski Teatr Tańca. Sanatorium. 2014

ĆWICZENIA

- Tak zwana doktryna teatru ubogiego – mówił Jerzy Grotowski w książce Gabriele Vacis  - polega na ogołoceniu się ze wszystkiego. Możemy wyeliminować z teatru wszystko: kostiumy, grę świateł, muzykę, możemy zmyć ciężki makijaż z twarzy, całkowicie. Jeśli chcemy, teatr można sprowadzić do aktora i widza, niczego więcej. Kroki i głos aktora wystarczają do stworzenia muzyki scenicznej.
W tym ograniczeniu doszedł w końcu do spektaklu dla jednego widza. Paradoksalnie pierwsze przedstawienia Teatru 13 Rzędów w Opolu, oglądało po kilku osób, czasami odbywały się bez widzów*), co nie wynikało wcale z doktryny, która sformułowana została później. W tym pierwszym okresie Grotowski przede wszystkim kształtował zespół i poszczególnych aktorów przez żmudne wielogodzinne ćwiczenia fizyczne a może raczej treningi. Nie miały one służyć dojściu do aktu twórczego, jedynie pomóc w pokonywaniu przeszkód jakie aktorowi stawia ciało.
Ćwiczenia nie mogą też być wykonywane w próżni, mają służyć spektaklowi, co nie znaczy, że mają się w nim znaleźć. „Co więcej: na początku absolutnie nie mogą się w nim pojawiać. One służą pokonywaniu trudności, jakich określony spektakl nastręcza aktorowi. Pokazywanie ćwiczeń to narcyzm.” Ćwiczenia nie są sztuką, tylko pewną formą higieny osobistej w zawodzie aktora. Pokazywać ćwiczenia, to jakby pokazywać aktora podczas mycia zębów.
[Grotowski opowiadał jak to pewien słynny amerykański teatr zrobił przedstawienie, które zaczynało się ćwiczeniami fizycznymi. Nauczyli się tych ćwiczeń od Cieślaka, ale wykonali je zbyt pospiesznie, dlatego były na bardzo niskim poziomie. Umieszczenie ćwiczeń w spektaklu, pokazuje dobitnie amerykański sposób postępowania, charakter, który Grotowski uważa za odrażający: jeśli uzyska się do czegoś dostęp, trzeba to sprzedać. Ćwiczenia nie są drogą do twórczości. Można torturować się ćwiczeniami przez dziesięć godzin dziennie, a mimo to twórczo pozostać jałowym, jak przed rozpoczęciem ćwiczeń.]

Polski Teatr Tańca. Sanatorium. 2014


Wypowiedzi Grotowskiego dotyczące ćwiczeń odebrałem osobiście i do tego boleśnie; prawda często boli. Zdarza się, ze na tym blogu opisuję i pokazuję fragmenty, ścinki, wprawki, próbki, efekty eksperymentów a nawet ciekawostki! Przeważnie są one zaledwie zaczątkiem gotowych fotografii; a jeszcze częściej nie prowadzą do konkretnego obrazu czy zestawu. Mógłbym powiedzieć jak Garry Winogrand: Fotografuję, żeby się przekonać, jak to będzie wyglądało na zdjęciu. Nie powinienem jednak tego pokazywać?
Ostatnio coraz rzadziej wchodzę do ciemni, po każdej dłuższej przerwie, muszę najpierw dużo czasu poświecić na przyzwyczajenie oczu, przypomnienie procedur, dobór papieru; marnuję wtedy drogi materiał. Dopiero po kilku godzinach prób pojawia się stan jaki Grotowski nazywa AWARENESS dopiero wtedy powstaje FOTOGRAFIA.
[Angielskie pojęcie awareness można przetłumaczyć na część języków, na przykład na chiński i sanskryt ale nie francuski czy angielski, w rozumieniu potocznym tłumaczy się jako świadomość. Jednak Grotowskiemu chodzi o coś więcej: awareness „to coś, co znajduje się między obecnością tout court, czyli byciem obecnym wobec samego siebie i innych rzeczy a czuwaniem. To jakby był trójkąt pojęć, które określa awareness: cicha consapevolezza, obecność i czujność. Bardzo rzadko znajdujemy się w stanie awareness. Zdarza się to w wyjątkowych chwilach istnienia, dzięki pozytywnemu doświadczeniu o wielkiej intensywności albo w momencie zagrożenia życia. Ludzie, którzy przeżyli podobne chwile, pamiętają, że czas jakby zwolnił, że robiło się coś, a jednocześnie obserwowało się to z boku, jak spokojny świadek, któremu nie grozi niebezpieczeństwo. Znajdowaliśmy się w stanie awareness, kiedy możemy powiedzieć: „Tak, pamiętam, że zrobiłem coś, ale to coś samo się zrobiło, a jednocześnie byłem obecny..." (…)Wchodzi się na bardzo szczególny poziom obecności, na którym jednocześnie nasze ciężkie życie wykonuje swoje zadanie, ale my nie identyfikujemy się ani z nim, ani z naszą machiną do myślenia. Jesteśmy gdzie indziej, na innym poziomie, w miejscu, z którego można obserwować wszystkie poziomy, jest się obecnym, jest się aware.]

Polski Teatr Tańca. Balladyna. 2009

PRECYZJA

Grotowski, nie zgadzał  na filmowanie swoich spektakli. Nigdy nie pozwolił na zarejestrowanie Księcia Niezłomnego co nie znaczy, że podczas swoich wykładów nie pokazywał pirackich nagrań swoich przedstawień. Jedno z takich rejestracji wykonanych niewiadomo kiedy i przez kogo stało się legendą.  Zapis video jednego z włoskich spektakli Księcia Niezłomnego znalazł podobno „uniwersytet rzymski” jako instytucja, która pewnego dnia „poszła” niewiadomo gdzie, może na targ Porta Portese, i „znalazła” to nagranie na jakimś straganie, gdzie sprzedawano pirackie nagrania spektakli obok butlerów Genesis i King Crimson. To fantastyczne! – spuentował Grotowski. Datę nagrania filmu Mistrz i jego ludzie określili w miarę dokładnie - po fryzurach aktorów.

 Janusz Stolarski "Hiob, mój przyjaciel" 2014


Kilka lat później rozgłośnia radiowa z Oslo poprosiła o zgodę na rejestrację dźwięku ze spektaklu Księcia…. Grotowski zgodził się ale pod warunkiem, że ani aktorzy ani publiczność nie będą wiedzieli, że spektakl jest nagrywany. Mikrofony zostały więc starannie zamaskowane, co musiało wpłynąć  na jakość dźwięku.
 „Uniwersytet Rzymski" dotarł do tego nagrania z Oslo i zmontował swój film zrealizowany nie wiadomo gdzie z nagraniem dźwięku wykonanym trzy czy cztery lata później i tysiące kilometrów dalej.  Pasowały do siebie idealnie.
Ta historia przykładnie ilustruje stopień precyzji, do jakiej trzeba dążyć: precyzja ma utrzymać w czasie strukturę i rytm spektaklu. Mijają lata, ale można zawsze nałożyć dokładnie dźwięk na obrazy.**) Czy historia jest prawdziwa? Grotowski nie odpowiedział na to pytanie; faktem jest jednak, że pochodzące z ostatniego okresu jego twórczości Akcje były skonstruowane jeszcze bardziej precyzyjnie co często podkreślają nieliczni widzowie tych działań, bo trudno je nazwać spektaklami mimo, że można było je oglądać.



------
*) Pisze o tym Zbigniew Osiński w „Jerzy Grotowski. Źródła, inspiracje, konteksty, cz. 1, który przytacza raporty frekwencyjne z poszczególnych spektakli.
**) Grotowski nie pokazuje nam jednak filmu zmontowanego przez „Uniwersytet Rzymski".  Zobaczymy inne nagranie Księcia Niezłomnego. - Tak, to prawda, powiedziałem, że nie istniały inne nagrania spektaklu. Jednak później uległ prośbom znajomego reżysera, który także musiał przysiąc, że zdjęcia nie będą w żaden sposób przeszkadzały Cieślakowi. Trudno zrozumieć, co ma na myśli Grotowski, kiedy mówi, że „nie będą w żaden sposób przeszkadzały", ponieważ film, który widzimy wygląda na nakręcony pod kątem ujęć: nie widać publiczności, ale może to wina oświetlenia. Także w tym przypadku nagranie wykonano kamerą ustawioną w jednym miejscu. W pewnej chwili mamy bardzo bliskie ujęcie Cieślaka. W każdym razie Grotowski przyznaje, że cieszy się, że uległ namowom znajomego reżysera filmowego, ponieważ - zgoda - to, co widzimy nie jest spektaklem, a zatem nie można powiedzieć, że jesteśmy świadkami, ale przynajmniej możemy przyjrzeć się dokumentacji czynu, jak członkowie składu sędziowskiego. A to w każdym razie lepsze niż nic.  
Książę Niezłomny miał swoją premierę 25 kwietnia 1965. Oparty jest na adaptacji tekstu Calderona autorstwa Juliusza Słowackiego. Z tekstu oryginalnego pozostało niewiele, tylko inspiracja postacią, która w obliczu upokorzeń i tortur stawia bierny opór, czysty ale niezłomny. Prześladowcy zmuszeni są do zadawania mu coraz okrutniejszych tortur. Wewnętrzna siła ofiary zmusza ich do przesady i przekroczenia wszelkich granic. Ta siła fascynuje ich, a mimo to skłania do uczynienia Księcia Niezłomnego męczennikiem. Historia kończy się jego męczeńską śmiercią. Po zakończeniu filmu jak zwykle pauza. Tym razem dłuższa niż zazwyczaj. Później komentarz. -Dlaczego w sztuce Calderona de la Barca, wspaniałego hiszpańskiego dramatu z XVII wieku widzowie oglądali historię męczennika?
Elementy ikonograficzne podpowiadają skojarzenie. Aktor był ubrany tylko w przepaskę na biodrze, jak Chrystus. W spektaklu jest pewien ważny moment, gdy kobieta podtrzymuje męczennika jak Madonna syna w Pięcie Michała Anioła. Zawarto w tej sztuce wiele aluzji ikonograficznych do Chrystusa. Tekst Calderona to historia więźnia Maurów, chrześcijanina, który odmawia poddania się prawu zwycięzców, islamistów. Książę stawia bierny opór aż do śmierci. W spektaklu Grotowskiego prześladowcy nie byli ubrani jak Maurowie, lecz jak sędziowie wojskowi w Polsce z tamtego okresu. Zatem dla polskich widzów obraz ten budził skojarzenia z policją polityczną. Kostiumy wywoływały skojarzenie z aktualnością, ale nie było to skojarzenie kronikarskie, tylko coś w rodzaju zakotwiczenia w rzeczywistości historycznej. Postaci nie były Maurami, a po prostu prześladowcami”. (Gabriele VacisAwareness. Dziesięć dni z Grotowskim. s.164-166)

Polski Teatr Tańca. Sanatorium. 2014

środa, 8 marca 2017

Grotowski (I). Redukcja

Sztuką jest to co ukryte.
Sebastian Jean-Louis de Piés (1657-1712)


Ach... żyliśmy... Adam Wojda, Małgorzata Walas-Antoniello, Daria Anfelli. 2016 


Ku teatrowi ubogiemu (Towards a Poor Theatre), najsłynniejsza książka o teatralnych poszukiwaniach Grotowskiego wydana została nakładem Odin Teatrets Forlag w sierpniu roku 1968 roku. Na okładce jako autor widnieje Jerzy Grotowski, mimo że nie wszystkie teksty zostały stworzone przez niego, a współtwórcą całości był Eugenio Barba. Wkrótce ukazały się  przekłady na perski, niemiecki, hiszpański, włoski, japoński, francuski, portugalski, serbsko-chorwacki. Z wielu powodów (jakich? --> wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę Instytutu im. Jerzego Grotowskiego/Encyklopedia) polska edycja Ku teatrowi ubogiemu ukazała się dopiero w roku 2007, nakładem Instytutu, przekładu dokonał Grzegorz Ziółkowski. To wydanie uzupełnione zostało rozległym komentarzem edytorskim Leszka Kolankiewicza.


Ach... żyliśmy... Daria Anfelli, Adam Wojda. 2016



We wspomnieniach Gabriele Vacis książka  jawi się jako tekst święty, ewangelia ludzi teatru. „Ktokolwiek brał ją do ręki, kartkował pospiesznie pierwsze rozdziały, może zatrzymywał się przy jakimś tytule: "Ku teatrowi ubogiemu", magiczny slogan, który stanowił też jakby określenie całego teatru tego okresu. (…) jednak każdemu śpieszyło się na stronę 153. I jeśli wzięło się do ręki książkę któregokolwiek z przyjaciół, widać było ciemniejszy pasek, efekt zużycia, blok osiemdziesięciu  stron, od 153 do 231. To były ważne strony -  dwa rozdziały zatytułowane  "Trening aktora 1959-1962" i "Trening aktora (1966)". To tu były ćwiczenia. To na tych stronach opisano trening. Dzięki nim każdy mógł robić mostki i stawać na głowie. To opisano prosto i precyzyjnie (…). W książce znajdowało się legendarne ćwiczenie ćwiczenie "kot":…ćwiczenie to zostało oparte na obserwacji kota, który budzi się i zaczyna przeciągać. Osoba wykonująca ćwiczenie”…itd., bla, bla, bla. „Można było godzinami wykonywać to ćwiczenie z książką w ręku, ruch po ruchu.” (…) A zatem każdy, kto posiadał  „Ku teatrowi ubogiemu”, gdy otwierał książkę na stronach poświęconych ćwiczeniom, sądził, że nauczy się wykonywać trening jak aktorzy Grotowskiego.” W tym kontekście Vacis zadaje pytanie czy każdy, kto postępuje według wskazówek z książki kucharskiej, myśli, że potrafi przyrządzić przepiórki w sarkofagach równie dobrze jak madame Hersant w „Uczcie Babette”.
Miesiąc przed premierą „Apocalypsis cum figuris” zespół Teatru Laboratorium, (1968) uświadomił sobie, że dysponują materiałem na 22 godziny spektaklu; zaczęli więc selekcję, wyrzucali i skracali, „pracowali nad każdym szczegółem, krok po kroku, aż zmontowali pięćdziesiąt pięć minut.  Z dwudziestu dwóch godzin zostało pięćdziesiąt pięć minut.” Pominęli całe sceny, które wcześniej pochłonęły dni i godziny pracy. Kiedy widzimy, jak coś przychodzi na świat i rozwija się, łatwo się w tym zakochać. Wycinanie scen i rezygnowanie z nich jest trudne. Podczas relacjonowanego przez Vacisa - wykładu Grotowskiego (Turyn 1991), przytacza historię ważnej,  sceny z „Apokalypsis”, mocno uzasadnionej, przepracowanej „w każdym szczególe, zarówno pod względem dźwięku jaki i obrazu. Każda zmiana sceny została poddana ocenie w oparciu o kryteria logiki i spójności. Scenę ukończono, wydawała się odpowiednia, gotowa, mimo to nie umieścili jej w spektaklu. Jednak gdzieś pozostała.”


Ach... żyliśmy... Adam Wojda, Daria Anfelli, Małgorzata Walas-Antoniello. 2016  


Dalej Grotowski nawiązuje do odkrycia jakiego dokonano podczas konserwacji ołtarza Wita Stwosza: Konserwatorzy odkręcili śruby i odbili gwoździe, i ujrzeli coś, czego nikt nigdy nie widział, ponieważ było skierowane do wewnątrz. Zobaczyli, że tył tablic również jest rzeźbiony. Jakby postaci po widzialnej stronie tablic ołtarza były wyłącznie zarysem scen, które znajdowały swoje zwieńczenie na odwrocie, po stronie niewidocznej dla oka. Front ołtarza, czyli to, co uważaliśmy za wszechświat Wita Stwosza, stanowił w rzeczywistości jedynie trzydzieści, czterdzieści procent jego dzieła. Okazał się widzialną stroną świata, zasłaniającą jego najbardziej interesującą część, bowiem rzeźby na odwrocie były wykonane i wykończone być może z jeszcze większą precyzją niż te, które mogliśmy oglądać. To właśnie jest sztuka.





"- Tam właśnie znalazła się scena, która nigdy nie trafiła do spektaklu - dodaje na zakończenie. - Mieszkała w naszej pamięci przez cały czas przygotowań i prezentacji Apocatypsis cumfiguris. Mieszkała w ciele aktorek i we wspomnieniach ich kolegów. Była niewidoczna, ale obecna jak rzeźby, których nigdy nie widzimy, gdy oglądamy ołtarz Wita Stwosza. (…)Jeśli jednak nikt nie może zobaczyć ukrytej części, po co ją robimy. Dla kogo?
Można by powiedzieć, że dla sztuki, ale Grotowski woli odpowiedzieć inaczej. Odpowiada kolejną przypowieścią.” Tym razem odpowiedź sięga sfer wyższych naszej egzystencji. Kto ciekaw dalszego ciągu odsyłam do książki Gabriele Vacis. Awareness Dziesięć dni z Jerzym Grotowskim.



Ach... żyliśmy... Adam Wojda, Małgorzata Walas-Antoniello, Daria Anfelli. 2016

Jak to ma się do fotografii? Doskonale. Niemal każdy, kto przygotowywał wystawę fotograficzną, wybierał zdjęcia do publikacji zmagał się z dylematem, co włączyć do zestawu a co odrzucić. Dlatego warto oddać cały przygotowany materiał w ręce kuratora aby spojrzał na naszą pracę świeżym okiem i zmontował po swojemu.
To co odpadło nie od razu musi zniknąć bezpowrotnie, może znaleźć się w innych zestawach, znaleźć swoje miejsce w wystawach zbiorowych. Z teatrem jest chyba trudniej?
W stronę fotografii ubogiej? Zastanawialiśmy się nad tym z Bogusławem Biegowskim jakiś czas temu jak i czy warto iść w tym kierunku. Boguś konsekwentnie kroczy tą drogą: poszukuje - ogranicza - redukuje i w dodatku edukuje. Ave!
Co niepotrzebnego, można zredukować w samej FOTOGRAFII? Co odrzucić? Fotografia cyfrowa jest tania w rozpowszechnianiu, trzeba jednak mnóstwo kasy wydać na  sprzęt, który w chwili zakupu już jest przestarzały. Przede wszystkim odrzućmy skomplikowane technologie, wróćmy do fotografii źródeł, fotografii otworkowej jest chyba do takiego myślenia najbliżej,  aparatem fotograficznym niech stanie się pudło albo skrzynia - camera obscura. Doskonałą, czystą camerą dającą piękne, niepowtarzalne, obrazy może być box Kodaka albo Agfy o najprostszej konstrukcji mechanicznej, zero elektroniki, 1-2 czasy, 1 przesłona, patrzymy w niebo i zdjęcie robimy wtedy, gdy są do tego warunki.
Emulsję światłoczułą, można zrobić w kuchni z substancji organicznych, do wywołania wystarczy trochę kawy i witaminy C a do utrwalenia obrazu stężony roztwór zwykłej soli kuchennej.
Efekt - zdjęcia jak te, które wykonała moja młodziutka koleżanka Marlena i wygrała nimi Portret w Trzciance. Jej pinhole Wygnanie z raju miały pierwotnie ilustrować ten tekst, okazały się jednak zbyt dobre na ilustrację - poświęcę im osobny artykuł.
W filmie zamieszczonym wyżej Jerzy Grotowski wyjaśnia czym jest Teatr ubogi - usuwa się wszelkie bogactwo, które jest niepotrzebne. 


Ach... żyliśmy... 
Daria Anfelli, Małgorzata Walas-Antoniello. 2016

Ilustracją do moich rozważań niech więc będą zdjęcia (cyfrowe) ze spektaklu Ach... żyliśmy. Hommage dla Kantora i TÓD. Ujęcia ze spektaklu Lecha Raczaka przygotowanego na 50 lecie Teatru Ósmego Dnia (2014) wykonałem w ubiegłym roku.
Ósemki wywodzą się ze studenckiego teatru kontrkulturowego lat 60., założone zostały w 1964 przez studentów polonistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ich spektakle były  krzykliwe, pełne ruchu i symbolicznego gestu, odcięli się od tradycyjnego tekstu, ich spektakle są w 100 procentach autorskie, aktorzy stawali twarzą w twarz z publicznością, TÓD w swych młodzieńczych latach był jednym z najbardziej reprezentatywnych dla swego nurtu w Europie.
Na przełomie 1966/1967 Ósemki zapoznały się z doświadczeniami Jerzego Grotowskiego i Teatru Laboratorium. Teatr Ósmego Dnia korzystał na tym etapie  z estetycznych poszukiwań teatru Grotowskiego, zanim sam znalazł się w samym centrum młodego teatru – w dodatku zaangażowanego społecznie i politycznie. Doszło nawet do wspólnych działań, Zbigniew Osiński, który stał się później jednym z kronikarzy opolsko-wrocławskiego teatru, wyreżyserował Warszawiankę Stanisława Wyspiańskiego (1967).
Członków Teatru Ósmego Dnia kształcił w zakresie technik gry aktorskiej Zbigniew (Téo) Spychalski, w tym czasie aktor wrocławskiego Laboratorium. Wystawił wspólnie z Lechem Raczakiem Dumę o hetmanie (1968), konstruując tekst przedstawienia w oparciu o utwory Stefana Żeromskiego i Tadeusza Gajcego. Ażeby móc przeprowadzić kilkutygodniowe warsztaty aktorskie w Poznaniu, z grupą niezwiązaną w żaden sposób z działalnością Instytutu, musiał zabiegać o specjalne pozwolenie „Grota”.
W 1968 kierownictwo artystyczne zespołu objął Lech Raczak, który tak wspomina swoje pierwsze spotkanie z Teatrem Laboratorium: Byłem na początku studiów uniwersyteckich, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem we Wrocławiu, w ciasnej, czarnej sali Teatru Laboratorium, "Księcia niezłomnego" według Calderona-Słowackiego. Wyszedłem z objawami emocjonalnego wstrząsu bohatera XIX-wiecznej powieści: zawroty głowy, gorączka, dreszcze i niezwykła jasność pędzących myśli. Wiedziałem, że właśnie zmienia się moje życie. Odtąd byłem pewien, że przez sztukę teatru nie tylko można osiągnąć nieprzewidywalne emocje, ale że otwiera ona też drzwi do poznania tajemnicy człowieczeństwa i świata. (...) Lech Raczak. Grotowski, mój mistrz - (Przekrój 08/2009, 14 kwietnia 2009)


Lech Raczak. 2016


Efekty -> porzucenie sceny, swobodne traktowanie tekstów, rezygnacja z dekoracji na rzecz architektury wnętrza, odrzucenie gry świateł, rejestrowanych efektów muzycznych, aktorskich protez (kostiumów, peruk, szminek), rozbudowanie partytur głosowych i działań fizycznych aktorów -> wynikały z poszukiwań, treningu, uporczywej pracy zespołu aktorskiego nad poszerzeniem wiedzy o tym, co nazywamy aktorstwem.
Słowa klucze, których wówczas używał Grotowski, brzmiały (i pewnie brzmią dziś) jak patetyczne zaklęcia lub fragmenty z reguły podejrzanego tajnego bractwa: teatr ubogi, aktor ogołocony, czyn ludzki aktora, akt całkowity, przekraczanie niemożliwego, odkrywanie tajemnicy, proces wewnętrzny aktora, a nie zręczność sztukmistrza, spontaniczność, eksces, katharsis i... precyzja, rygor i dyscyplina. 


Ach... żyliśmy... Adam Wojda. 2016


Ach... żyliśmy. Hommage dla Kantora i TÓD

premiera Orbis Tertius - Trzeci Teatr, Poznań, 3 grudnia 2014W scenariuszu wykorzystano teksty Czesława Miłosza i wiersz Fryderyka Hoelderlina.
piosenka z muzyką Katarzyny Klebby; wykorzystano fragment „Reguiem" W.A. Mozarta
scenariusz i reżyseria Lech Raczakświatło video Krzysztof UrbanObsada: Daria Anfelli, Małgorzata Walas-Antoniello, Adam Wojda
„Ach... Żyliśmy”. To brzmi jak westchnie za minionymi czasy a nie tytuł przedstawienia teatralnego. A jednak. Taki tytuł nosi spektakl Lecha Raczaka, którego premiera odbyła się 3 grudnia, dokładnie w 50. rocznicę debiutu Teatru Ósmego Dnia. Autor dodał podtytuł: „Hommage dla Kantora i TÓD”. Pod tym skrótem nigdy dotąd nie używanym, kryje się Teatr Ósmego Dnia... Czytaj dalej -->


wtorek, 29 listopada 2016

Łekno 1990-2016. Notatki z prowincji


Łekno ok. 1990, skan odbitki barytowej 24x30 cm


O Łeknie było ostatnio głośno, za sprawą dokumentu Zbiluta, który wpisany został na na Polską Listę Krajową Programu UNESCO „Pamięć Świata”. Dokument fundacyjny klasztoru cystersów w Łeknie z 1153 r, wydany przez możnowładcę i rycerza polskiego Zbiluta z Panigrodza - jest to najstarszy akt prawny sporządzony w Polsce!

Sprawa była nagłaśniana i dokładnie opisywana ----> więc przypominam jedynie dla porządku ;) Na miejscu, w łekneńskim kościele w minioną sobotę  odbyła się dziękczynna Msza Święta pod przewodnictwem Prymasa Polski, Prymasa Seniora i duchowieństwa, oraz przełożonego klasztoru Cystersów na Polskę wraz z cysterską świtą. ----> Na widok publiczny wystawione zostały obydwa zachowane oryginały dokumentu sprzed 800 lat. --->

Nielba, Łekno 2016, zdjęcie cyfrowe

Już w średniowieczu istniały odrębne osady - Łekno (miasto/wieś)  i  tzw. Prawo Polskie (osada). Naturalną granicą była przepływająca poniżej osady rzeczka Nielba, zwana na odcinku od Siedleczka do Łekna - Uszewnicą. Odległość między osadami jest niewielka - jakieś 200 m i właśnie ten fragment Łekna pomiędzy dwiema częściami Łekna prezentuję na zdjęciach wykonanych między 1990 a 2016 r.
Dzisiejsze Łekno zachowało średniowieczny układ ulic, mieszka w nim niewiele więcej osób niż w czasach cystersów i śmiem podejrzewać, że w ich żyłach płynie ta sama krew co u ich przodków sprzed 800 lat?


Łekno ok. 1992, skan negatywu 135 BW

Łekno 2016, skan negatywu 135 BW

Łekno 2016, zdjęcie cyfrowe

Łekno 1992, skan negatywu 135 BW

Łekno ok. 1990, skan negatywu 135 BW


W 1444 na wschód od miasta Łekna, na niewielkim wzniesieniu zwanym Wzgórzem Krzyża wybudowany został kościół Łekno Prawo Polskie. Nie był to kościół parafialny, tylko jak zalecił  w akcie fundacyjnym komes Zbilut, kościół szpitalny; postawiony został w celu sprawowania opieki duszpasterskiej nad biednymi, ubogimi zamieszkującymi Łekno i okolicę; występował pw. Sanctae Crucis czyli Krzyża Świętego; Kościół funkcjonował do 1820 roku, kiedy to spłonął i został rozebrany. Wkrótce po rozbiórce, na jego miejscu wystawiono Mękę Pańską czyli krzyż, który stoi do dziś i upamiętnia istnienie kościoła w tym miejscu. W 2016 obok Krzyża stanął pomnik Ojca św. Jana Pawła II, który został ufundowany przez mieszkańców parafii; pomnik jest wykonany z piaskowca, mierzy 2,5 metra wysokości, a jego waga przekracza 2 tony. --->


Łekno 2016, zdjęcie cyfrowe

poniedziałek, 31 października 2016

1992. Wykopaliska Łekno

Z mojego archiwum

  

Archeolodzy uważają, że nie nic nudniejszego niż dokumentacja fotograficzna na wykopaliskach. Podobno zajęcie jest równie emocjonujące jak fotografowanie przedmiotów do wystawienia na Allegro. Trudno mi się z tym zgodzić, około 1992 r. odwiedziliśmy Ekspedycję Archeologiczną Łekno pracującą na tzw. „Klasztorku”. Pierwszy raz mogłem zobaczyć wykopaliska na żywo i z mojej strony było to fascynujące i pouczające przeżycie. Zdarzyło się to na wiele lat przed sezonami 2007-2009, kiedy to archeolodzy odnaleźli skarb składający się z fragmentów srebrnej biżuterii oraz monet zachodnioeuropejskich i arabskich datowanych na X w. i początek XI w. Nie było to pojedyncze odkrycie, w tej okolicy wystarczy gdziekolwiek wbić w ziemię łopatę by trafić na pamiątkę sprzed wieków.
 




Pierwsze badania archeologiczne na „Klasztorku” przeprowadził w 1950 r. prof. Józef Kostrzewski i późniejszy prof. dr hab. Zdzisław Rajewski w ramach „zwiadu terenowego Ekspedycji wykopaliskowej w Biskupinie”. Pozwoliły one na wstępną lokalizacje zabudowań klasztornych. W latach 70 przeprowadzono pierwsze sondażowe prace ziemne a następnie zorganizowano wykopaliska, które pozwoliły odnotować dwa poziomy użytkowania, cmentarzysko oraz warstwy kamieni związane z zabudowaniami klasztornymi.

W roku 1981 na „Klasztorku” wznowiono badania archeologiczne w ramach programu badań klasztorów cysterskich w Wielkopolsce. Badania te rozpoczął, biorący udział w wykopaliskach 1976 r., ówczesny mgr Andrzej Marek Wyrwa, który w 1982 r. w Instytucie Historii UAM powołał Ekspedycję Archeologiczną Łekno.









Pierwotnie Łeknem nazywano gród plemienny powstały w połowie VII wieku, w kolejnych wiekach rozrósł się w gród państwowy z całym zapleczem służebnym. Wchodził w skład sieci grodowej Państwa Piastów. Pełnił ważną rolę w na szlaku handlowym z Gniezna na Pomorze (o czym pisałem w poprzednim tekście Tawerna Łekno -->). W czasie średniowiecznego fragmentu swej historii miasto (dzisiaj wieś) Łekno funkcjonowało w cieniu, najpierw grodów a później klasztoru.

W połowie XII wieku do Łekna przybyli cystersi z Altenbergu. Miejsce gdzie mnisi wybudowali klasztor nazywane jest potocznie „Klasztorkiem”. Fundacja klasztoru miała miejsce w 1153 r., od tego czasu mikroregion Łekneński, rozsiany wokół jeziora podzielił się na dwie części: „klasztorną” („Klasztorek” i Tarnowo Pałuckie) oraz świecką (wieś Łekno wraz z późniejszą osadą „Prawo Polskie”). Taki stan trwał prawie do końca XIV wieku, kiedy to cystersi opuścili „klasztorek” i przenieśli się do Wągrowca. Dokumenty z połowy XV wieku mówią tylko o mieście Łeknie i osadzie „Prawo Polskie”.

W jednym ze swoich opracowań prof. Wyrwa pisze, że „Mikroregion ten ma duże znaczenie dla poznania przemian osadniczych i początków architektury monumentalnej na ziemiach polskich.” Prace badawcze pozwoliły prześledzić, bardzo precyzyjnie, „kolejne etapy kształtowania i rozbudowywania się różnych struktur organizacyjnych Kościoła i związanych z nimi obiektów sakralnych, tj. od tzw. cyklu architektury książęco możnowładczej, przez monastyczną, po tworzenie, ugruntowania i przemiany organizacyjno-prawne sieci parafialnej (diecezjalnej i monastycznej) z własnymi kościołami (kaplicami).”











Miejscem, które jako pierwsze stało się obiektem zainteresowało prof. Andrzeja M. Wyrwy i jego archeologów był „Klasztorek”, tam wznoszone były kolejne grody, przedromańska rotunda, klasztor cystersów i kaplica cmentarna.
Badania te pozwoliły dokładniej poznać dzieje grodów i klasztoru, a także zweryfikować informacje o wyglądzie opactwa. Dotąd przybliżony wygląd obiektów sakralnych i klasztornych w Łeknie znany był tylko z uproszczonych rysunków widniejących na medalionach „tablic filiacyjnych” klasztoru altenberskiego z 1517 r.

Łekneńska rotundę, wybudowana pod koniec X wieku w obrębie grodu państwowego Piastów była jedną z pierwszych murowanych budowli sakralnych wykorzystanych do „tworzenia podstaw i ugruntowania chrześcijaństwa na ziemiach polskich”. W XI wieku była to najdalej na północ wysunięta świątynia w Wielkopolsce. Swoje znaczenie rotunda straciła w początkach rozbicia dzielnicowego. W pierwszej połowie XII wieku gród z rotundą otrzymał, jako ojcowiznę Zbylut z rodu Pałuków - jednego z najpotężniejszych w państwie Piastów. Na miejscu rotundy wzniósł kościół i klasztor dla cystersów.
 




W dokumencie fundacyjnym z 1153 r. zapisane jest, że komes Zbylut z Panigrodza „powodowany głęboką wiarą ofiarował […] (je) z pokorą na chwałę Boga, Szafarza wszelkich dóbr i ku chwale Jego Rodzicielki oraz ku czci świętego Piotra”.
 
Pierwszy kościół cysterski - oratorium powstał w połowie XII wieku, w kolejnych dziesięcioleciach był systematycznie rozbudowywany; w XIII wieku mamy już „pełnoplanowy kościół cysterski” nadal rozbudowywany i remontowany, funkcjonował on do lat trzydziestych XIV wieku, kiedy zaczął osiadać i grozić katastrofą budowlaną (do której w końcu doszło). Mnisi próbowali ratować kościół ale w końcu zrezygnowali i przenieśli się do Wągrowca. Po translokacji zakonu, stary klasztor stał się folwarkiem (grangią) opactwa wągrowieckiego; przez jakiś czas funkcjonowała jeszcze kaplica cmentarna wybudowana na części fundamentów kościoła, chowano tutaj okoliczną ludność. Poza cmentarzem znaleziono kilka pochówków wampirycznych, co potwierdza przypuszczenia o silnym ciągle nurcie tradycji związanej z pobożnością ludową, magią i pierwotnymi wierzeniami w duchy, wampiry itd. o czym pisze prof. Wyrwa w „Pietas ecclesiae et fides plebis” (Poznań, 2006).


Prof. Andrzej M. Wyrwa (w środku, w czapce i wzorzystym swetrze)


 

 

Widok na „Klasztorek” od strony Tarnowa. Zdjęcie archiwalne

Widok na „Klasztorek” od strony Łekna. 2016

..: Notatki z prowincji :..

Notatki z prowincji. Listy z Suicide City 1.

Świat się szybko zmienia, zmienia się internet, powoli zmienia się i ten blog. Od jakiegoś czasu staje się dla mnie - jak to kiedyś p...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy