niedziela, 16 kwietnia 2017

Inspiracje-konsternacje. Jerzy Lewczyński




Tysiące i miliony sekund utrwalonych w materii negatywu tworzą nieskończone pasmo opasujące nasze istnienie. Bieg obrazów przypomina ruch elektronów wokół jądra atomu. Ciągle i dalej w nieznanym kierunku i rytmie wyznaczają drogi naszego życia. Rzekomo fotografia nawet wtedy, gdy proces technologiczny był jeszcze nieznany, istniała w umysłach naszych przodków w postaci śladu wewnętrznej projekcji. Co tworzy tę tajemniczą, nieskończoną wokół niej aurę? Pozornie kruche i łatwe do zniszczenia tworzywo papierowe zachowuje się czasami jak najlepszy marmur karraryjski, przyjmując wszelkie cechy starej i szlachetnej materii. Zauważyć to można, gdy oglądamy i dotykamy starych fotografii. Wtedy ślad zniszczenia i dotyku wielu rąk stanowią o sile przekazywanego obrazu.

Jerzy Lewczyński 1989





Negatywy znalezione na ulicy, zapomniane zdjęcia na strychu, albumy wyrzucone na śmietnik to - życie zagubione, biografie nikomu niepotrzebne; Często, zdjęcia to wszystko co pozostaje po istotach ludzkich. 
Zwinięty w rolkę negatyw leżał między szpargałami, książkami i bibelotami. Zapakowany był w tekturowe pudełko po enerdowskim średnioformatowym filmie NP22. Na nim odręczny napis długopisem „p. Molik Paweł” - zapewne to nazwisko osoby, która zleciła wywołanie negatywu? Typowe zdjęcia pamiątkowe ani bardziej ani mniej udane. Miejsce trudno określić, wieś - przedmieście, taka ulica, takie jezioro może być wszędzie. Sądząc po strojach i fryzurach ten film naświetlony został we wczesnych latach 70. Zaintrygowało mnie nazwisko na pudełku, MOLIK, osób noszących to nazwisko jest w Polsce 1480, od razu pomyślałem o Zygmuncie Moliku (1930-2010) legendarnym aktorze Teatru Laboratorium, twórcy metody treningowej „ćwiczenia głosowe” -->. Może rodzina?
Nie sposób odgadnąć dlaczego negatyw opisany „p. Molik Paweł” wylądował na straganie, dlaczego okazał się komuś niepotrzebny, być może odeszła ostatnia osoba, która kojarzyła osoby uwiecznione na zdjęciach. Od czasu naświetlenia kliszy minęło mniej niż 50 lat; tak niewiele trzeba aby zapomnieć. Podobnych eksponatów w moim archiwum znajduje się jeszcze kilka: album wygrzebany ze śmietnika, szklane negatywy z lat 20 XX wieku czy paczka kolorowych slajdów z pochodu pierwszomajowego sprzed 50 laty...
Przez wiele(?) lat 12 klatek średnioformatowego negatywu opisanego „p. Molik Paweł” wiodło swoje życie utajone. Dzisiaj - 16 kwietnia 2017 r - zaczynają swoje drugie życie.





Inspiracje. Jerzy Lewczyński

Niedawno (2014) odszedł Jerzy Lewczyński, fotograf którego znaczenie będzie rosło w miarę upływu czasu. Dzieło, które pozostawił jest ogromne, a że Lewczyński posiadał swoisty szósty zmysł archiwizatora sądzę, a że z czasem uda się ten ogrom materiału ogarnąć; sam Wielki Archiwizator nie zdążył. 
„Myślałem, że to uporządkuję, nic się nie udało. Miałem uporządkować tematami: architektura, wydarzenia, Towarzystwo Fotograficzne ale jak to zrobić, kiedy na jednym zdjęciu kilka tematów? Datami próbowałem, też nie wyszło”. Do tego dokumenty, rachunki za meble, papiery na wszystko. JL walczy z papierem, za dużo zebrał zdjęć, które wzruszają jego i tylko jego.”

Wojciech Nowicki zdążył jeszcze przeprowadzić z Lewczyńskim długą rozmowę, której fragmenty wraz ze swoimi refleksjami zamieścił w wydanej całkiem niedawno swojej drugiej książce o fotografii pt. Odbicie (Wyd. Czarne 2015).






Książka Nowickiego jest literacką realizacją idei Lewczyńskiego, którą sam artysta określił pojęciem >archeologia fotografii<. Trudno mi się zgodzić ze wszystkim co Lewczyński mówi i pisze o fotografii, choćby z jego prostym uzasadnieniem miękkiego przejście do cyfry*/, traktowaniem przez artystę oryginału i kopii; trzeba jednak podkreślić, iż Jerzy Lewczyński od samego początku był nowatorem, zawsze znajdował się o kilka kroków przed wszystkimi. Fotografia dla Lewczyńskiego była całym życiem a archeologia fotografii jest wyraźnie wybijającym się na pierwszy plan nurtem w jego twórczości:
...w wielkim skrócie można by określić jako przywracanie znaczenia wszystkiemu, co odrzucone, pogardzone, skazane na zapomnienie, na łaskę i niełaskę losu. Pasjonuje go swoiste "życie po życiu" fotografii; stare porzucone zdjęcia, przeżarte wilgocią negatywy znajdowane na strychach i w szufladach zamienia Lewczyński w znak kulturowy o niezwykle głębokim nasyceniu egzystencjalnym i znaczeniu dokumentalnym. Swoistym „bohaterem” wielu jego zdjęć i kompozycji zdjęciowych stała się nie tyle ludzka bezradność wobec „zapisanego” światłem w postaciach, rzeczach i zdarzeniach czasu, ile swoista prawda działań tego ostatniego zaznaczana przez zacieki, wilgoć, załamania papieru, jego rozdarcia, ślady brudu i pleśni wżerającej się w każdą próbę - choćby na chwilę - zatrzymania życia. Lewczyński poddaje ponownej obróbce zdjęcia odkrywane w najbardziej przypadkowych miejscach; podnosi do rangi artystycznego wydarzenia odnajdywane w rozmaitych zakamarkach zapomniane negatywy. Jedną z jego z najwspanialszych przygód stało się przywrócenie do istnienia świata, który pozostał po przedwojennym chłopskim fotografie z Zamojszczyzny Feliksie Łukowskim (Kazimierz Nowosielski).

Lewczyński brał i zawłaszczał to co go interesowało, fotografię, pismo, obraz, dowolny przedmiot i podnosił do rangi sztuki. Kopiowanie było u niego gestem autorskim.
Zdjęcia – nieważne, czy jego własne czy zapożyczone – są fragmentami świata, więc mogą zostać na nowo użyte, na nowo sfotografowane; są obrazami przedmiotami, można więc kopiować i utrwalać ich wtóre albo kolejne życie.






*/„Technika, całe to czarowanie, o którym w nieskończoność opowiadają jego rówieśnicy, wydaje się nie mieć dla Lewczyńskiego najmniejszego znaczenia. Żadnego skomlenia, ciemniowej mitologii, nic. Powiększalnik i kuwety zamienił w pewnym momencie na drukarkę, jak się wydaje bez – bez żalu. Zdjęcie jest obrazem, ilustracją, nie trzeba mu wypieszczenia, choć akurat jego odbitki są wypieszczone, ale mówi o tym, jakby się to działo mimochodem, jakby nie przykładał do tego ręki. Tu też trzeba dostrzec jego nowoczesność, w tym odrzuceniu właśnie: poszedł aż do końca za logiką narzędzia. W końcu fotografia powstała po to tylko, żeby łatwiej było kopiować z natury , żeby się nie męczyć z rysunkiem i żeby wierniej oddawać obraz i obraz powielać; u niego podobnie: jest idea wyrażona i dostosowana do niej współczesna technika.Laserowy wydruk, kopia ze starego zdjęcia, mówią, to nie jest odbitka vintage(kurs), oryginalna, z epoki. Ma zupełnie inną wartość. „Dla mnie odpowiada na to JL - ma taką samą.”




Negatywy znaleziony na ulicy, Tryptyk znaleziony na strychu, Negatywy znalezione w Nowym Jorku to tytuły kolejnych prac JL, zdjęć znalezionych na śmietnikach. Jednak tematem zdjęć znalezionych Lewczyńskiego nie są przedstawione osoby, ale samo medium, fotografia, jej cel i bezcelowość jednocześnie. Najczęściej, i to za sprawą samego Lewczyńskiego, ta seria - zdjęcia, których nie można pominąć, kiedy się o nim mówi - odczytywana była jako na wiązanie do ready mades, sięganie po przedmioty gotowe lub wprowadzenie zdjęć nieartystycznych do galerii i muzeów, bo - pisze Elżbieta Łubowicz „znalezione na strychu, na ulicy lub wręcz na śmietniku cudze, anonimowe, zniszczone fotografie portretowe Jerzy Lewczyński podnosi do rangi równej dziełu sztuki, eksponując wykonane przez siebie ich kopie właśnie jako dzieła cudze, nie własne”!



Wydaje mi się, że ta cała archeologia fotografii to melancholia i zwątpienie w dokumentalną wartość fotografii. Jerzy Lewczyński wielokrotnie próbował prowadzić śledztwa w sprawie identyfikacji osób utrwalonych, zawsze bez powodzenia. 
Zdjęcie nieopisane, na którym widnieją niezidentyfikowane osoby, obiekty czy miejsca dla archiwisty nie mają praktycznie wartości, dlatego pełnić mogą co najwyżej rolę co najwyżej ready mades. Twórczość Lewczyńskiego była konsekwencją poszukiwań zapoczątkowanych jeszcze w latach '50 XX wieku; współpracował wtedy z Beksińskim i Schlabsem, ich artystyczna kolaboracja zaowocowała pokazem Antyfotografii w 1959 r.
Niewielu wtedy zrozumiało znaczenie tej ekspozycji dla fotografii polskiej; jeden z recenzentów stwierdził, że artyści weszli na błędną drogę, na której fotografia jako sztuka traci swoją specyfikę zdobytą dzięki reportażowi a inny określił wystawę jako arenę igraszek formalnych wysokiej klasy godzących w specyfikę fotografii artystycznej. Jerzy Lewczyński pokazał wtedy 17 fotografii, w tym dwa zestawy po 3 fotografie, prace rejestrowały różne ślady ludzkiej działalności; ukazywał pospolite przedmioty wyrzucone, zużyte naznaczone ludzką aktywnością - kartkę z rachunkami, stronę zeszytu szkolnego czy słup z plakatem itp. Wówczas jeszcze, artysta używał wyłącznie własnych fotografii, w większości z nich ograniczając obróbkę estetyczną prac, decydując, by do widz odnalazł historię zapisaną w znalezionych i sfotografowanych przez artystę przedmiotach.



..: RAPID :..

Notatki z prowincji. Jeszcze mniejszy obrazek

SC, 13.04. 2016 (skan) Jakub Dziewit w drugiej części swojej książki Aparaty i obrazy. W stron kulturowej historii fotografii ...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy