poniedziałek, 31 marca 2014

Kinoperator Marian Jopp


(...) Często kończyliśmy seans po 24.00, ale w soboty czy niedziele mimo późnej godziny, podłączaliśmy pod kinowe głośniki patefon i zapraszaliśmy na zabawę. Graliśmy popularne wtedy kawałki  -  Cicha woda, Szła dzieweczka do laseczka, Wio koniku…. Za wstęp nic nie braliśmy, za to obchodziłem towarzystwo z czapką. Każdy dawał co łaska. Do czapki złotówki i 50 groszówki - zwykle tyle się uzbierało, że po zabawie liczyliśmy kasę czasem i ze dwie godziny. W ciągu dnia graliśmy w szachy, łowiliśmy ryby. Żyliśmy jak Cyganie, tylko że nie musieliśmy kraść  jak oni...


Przez wiele lat pracowałem z Panem Marianem Joppem (1931-2009), kinooperatorem w tutejszym kinie. Jego charakterystyczna sylwetka z rowerem i przyczepionym do niego wózkiem na filmy z daleka rozpoznawalna była przez starszych mieszkańców miasteczka.Wszyscy go znali i lubili a on znał wszystkich. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że tworzył swoisty koloryt lokalny.  Jego droga z domu na Rynku do kina trwała zwykle znacznie dłużej niż powinna, z każdym musiał się przywitać, wymienić wiadomościami, plotkami. Zadziwiał mnie jego specyficzny, wrodzony spryt życiowy, do każdych warunków potrafił się przystosować i z najgorszych opresji wyjść obronna ręką.
Pan Marian był świetnym gawędziarzem, posługiwał się barwnym językiem, używał wielu gwarowych słów o znaczenie, których często musiałem się go pytać. Drzwi do jego mieszkania zawsze były otwarte, schodziły się tam po wsparcie różne niebieskie ptaki ze Starówki. Pan Marian wspomagał ich kilkoma groszami lub szklanką wina ...ale nigdy za darmo. Musieli wykonać jakieś proste prace porządkowe, zamieść schody, wynieść popiół albo śmieci.
Było ostatnim reanimatorem czarno-białych telewizorów. W jego mieszkaniu stały całe kolumny zbudowane z lampowych telewizorów. Dzięki temu miał części zamienne do każdej marki i typu. Przez jego zapobiegliwości czarno-białe telewizory świeciły i grały w SC jeszcze do późnych lat 90 ub. wieku.
Marian Jopp podczas długich kinowych dyżurów snuł opowieści o swoim życiu i nieoficjalnej historii miasta, opowiadał anegdoty o mieszkańcach miasta. Jeszcze wiele lat po odejściu na emeryturę wyświetlał filmy w Kinie i Klubie Filmowym. Był chyba najstarszym aktywnym kinooperatorem w Polsce. Miał jeszcze możliwość pracy w nowoczesnym - po gruntownym remoncie - kinie ale czasów cyfryzacji już nie doczekał. Zmarł przedwcześnie - bardzo cierpiąc - w końcu zimy 2009 roku. Filmy puszczał prawie do końca. Wyszkolił wielu uczniów. Mimo, że pan Marian była powszechnie znany i co by nie mówić zasłużony dla tutejszej kultury to na jego pogrzebie zabrakło przedstawicieli władz zarówno miasta jak i powiatu.


To jedno z ostatnich zdjęć kinooperatora Mariana Joppa.
Wykonał je Daniel Hilbrecht w 2008 roku.

Najchętniej wspominał czasy gdy pracował w kinie objazdowym. Jakieś 20 lat temu zapisałem rozmowę z p. Marianem dla lokalnego pisma - Dwutygodnika Pałuckiego. Po lekkiej kosmetyce tekstu zdecydowałem się na zamieszczenie go w tym blogu aby zachować ułamek rzeczywistości, która minęła już bezpowrotnie.
W pierwotną wersję tekstu, wplotłem fragmenty wiersza Osipa Mandelsztama Kinematograf*) pełniące tam rolę przerywników. Dziwny tytuł WIDZIDŁO PRZYJECHAŁO zaproponował sam bohater opowieści gdyż tak właśnie w wielu wielkopolskich wsiach nazywano kino. Najbardziej żałuję, że nie zrobiłem mu więcej zdjęć, niech więc przerywnikami będą te nieliczne, które się zachowały.


-----------

 

WIDZIADŁO PRZYJECHAŁO

 

Już jako dziecko bardzo lubiłem chodzić do kina. Przed wojną stało ono na rynku, tam gdzie dzisiaj jest hotel Pani Małeckiej. Operator nastawiał płytę z muzyką i puszczał film. Pierwszy jaki widziałem to był Pat i Pataszon, muzyka grała ...a oni się trzepali. Pamiętam też Flipa i Flapa, komedie Chaplina. Bilety były dość drogie - 50 groszy a bułka kosztowała wtedy 5 groszy. W czasie okupacji nadal chodziliśmy z kolegami do kina, było ono w tym samym miejscu co dzisiaj, tylko filmy były inne. Wyłącznie niemieckie, rysunkowe i deutsche kroniki. Były też miłosne - ale na te nas nie bileterzy nie wpuszczali.
Kino było dla nas jedyna rozrywką. Skąd mieliśmy pieniądze na bilety? Chodziliśmy całą paczką na targ. Jeden porwał ze straganu główkę kapusty, drugi 2 jajka. Potem to sprzedawaliśmy i starczało na bilety dla wszystkich. Tak my szabrowali...
W 1951 roku dostałem pracę w kinie w Wągrowcu. Byłem krótko po wypadku, nie mogłem ciężko fizycznie pracować, a ta robota mi się zawsze podobała. Była przyjemna i czysta – zresztą proszę popatrzeć - ręce do dzisiaj mam gładkie. Z początku musiałem robić wszystko co należy do ucznia, sprzątać, dźwigać skrzynki z filmami. Trwało to niecały rok, bo w 1952 r. wzięli mnie do wojska.
Tam rozmowa była krótka:
- Gdzieście pracowali?
- W kinie!
- Umiecie?
- Umiem!
- To wystąp! Do kabiny marsz!

Przesiedziałem w kinie garnizonowym 3 lata. Filmy były wyłącznie ruskie, chińskie i koreańskie. Najczęściej graliśmy Iwana Groźnego i wszystkie o rewolucji i Leninie jak Pancernik Potiomki czy Październik. Zdarzały się komedie Pastuch i świniarka, Świat się śmieje – artyści na swoich babajach grali, a wojsko się śmiało. Musieliśmy często zmieniać filmy, bo inaczej żołnierze otwarcie i głośno wyrażali swoje niezadowolenie.




W 1954 roku skończyłem służbę i chciałem wrócić do kina ale mój etat był już zajęty. Zgłosiłem się do Zarządu Kin w Poznaniu, gdzie zaproponowali mi pracę w kinie ruchomym. Tak zaczęło się moje cygańskie, wspaniałe życie.
Jako wyposażenie dostałem aparat Elew 22 do jednej ręki i kasety z filmami do drugiej. Kierownik dostał bilety, druki raportów - wsadzili nas z tym wszystkim do pociagu i wyjechaliśmy w trasę - Leszno, Kościan, Jarocin... Dostawaliśmy 18 złotych diety i graliśmy 24 dni w miesiącu, codziennie w innej miejscowości. Wszystko było świetnie zorganizowane. Z tej wsi gdzie mieliśmy grać, sołtys musiał wysłać - po nas - chłopa z końmi i wozem na stacje, zakwaterować, nakarmić - dać obiad, kolację i śniadanie. Następnego dnia inny chłop musiał nas zawieźć do kolejnej wsi.




Na wozie jechaliśmy czasem i po 5 kilometrów, na zimę dostawaliśmy ciepłe buty, kożuchy i mocną herbatę. Nie graliśmy w takich komfortowych warunkach jak dzisiaj, tylko w szkołach, remizach, stodołach.
Z początku graliśmy tylko tam, gdzie był prąd. Potem dostaliśmy samochód Lublin i woziliśmy własny agregat. Mogliśmy wyświetlać filmy w najmniejszych pipidówkach, jeździliśmy więc do najdalszych zakątków województwa. W ten sposób objeżdżaliśmy całą Wielkopolskę Ostrów, Leszno, Kalisz… tylko do Wronek niechętnie jeździliśmy, bo miasto cieszyło się zła sławą z powodu sławnego kicia.




Często graliśmy w wioskach gdzie ludzie po raz pierwszy widzieli kino. Jak na ekranie leciał samolot  to oni chowali się pod ławki. Zdarzało się przyjeżdżamy do wsi, gdzie były cztery chałupy na krzyż, ustawiałem ekran, projektor z drugiej strony, przyszli starsi ludzie ...i posiadali w stronę aparatu - na mnie się patrzyli. Przeważnie graliśmy filmy wojenne, bo ludzie chcieli jeszcze oglądać, to co jeszcze doskonale pamiętali.
Często kończyliśmy seans po 24.00, ale w soboty czy niedziele mimo późnej godziny, podłączaliśmy pod kinowe głośniki patefon i zapraszaliśmy na zabawę. Graliśmy popularne wtedy kawałki  -  Cicha woda, Szła dzieweczka do laseczka, Wio koniku…. Za wstęp nic nie braliśmy, za to obchodziłem towarzystwo z czapką. Każdy dawał co łaska, do czapki leciały złotówki i 50 groszówki - zwykle tyle się uzbierało, że po zabawie liczyliśmy kasę czasem i ze dwie godziny. W ciągu dnia graliśmy w karty, szachy, łowiliśmy ryby. Żyliśmy jak Cyganie, tylko że nie musieliśmy kraść  jak oni...





Tak zwyczajnie jak dzisiaj to ja się nie ubierałem tylko według najnowszej mody. Miałem tyrolki trzy razy szyte, brązowe albo czarne, brązowe spodnie z wełny, koszule w kratę czerwono-zieloną, marynarę w dużą kratę, ramiona takie szerokie, że garbatego by wyprostowała, elegancki pasek, ładne uczesanie, ząbki jeszcze były! Do tego portfel zawsze był wypchany. Ja w każdej miejscowości miałem narzeczoną i teściową!
Jak widziadło przyjechało do wsi to wszystkie dziewuchy się kąpały i z kufrów wyciągały najlepsze suknie. Życie było wspaniałe, ale w końcu postanowiłem się ustatkować, ożenić i wrócić do Wągrowca. Dyrekcja poszła mi na rękę. Zwrócili się do Miejskiej Rady Narodowej z propozycją: jeśli znajdziecie mieszkanie to damy wam samochód i człowieka, który Wasze społeczeństwo rozweseli. Naczelnik Łokietek dał mieszkanie po jednej babci na Placu Paszkowa, wymalowali je dla mnie a nawet piec postawili. Przywiozłem żonę z Ostrowa i ruszyłem w trasę. Dostałem samochód z kierowcą i kierownika (ś.p. Kazika Łubińskiego). Chociaż był pięć lat starszy ode mnie to uczyłem go zawodu. Jeździliśmy po całym powiecie: Łaziska, Mieścisko, Ochodza, Pawłowo Żeńskie, Skoki, Sierniki. Potem jak wyposażyli nas w duże aparaty na szeroką taśmę to jeździliśmy tylko do większych miejscowości jak Rybowo, Mieścisko, Pawłowo Żońskie.
Żona jednak kazała mi zostawić to kino ruchome, chciała żebym o stałej godzinie wracał do domu. Po prawie 20 latach wróciłem do kina Przyjaźń na stałe. Odszedłem z kina objazdowego, a Łubiński jeszcze wiele lat objeżdżał wioski z projektorem i taśmami. Jeszcze 20 lat pracowałem w kinematografii i w 1990 roku odszedłem na emeryturę. Za 40 lat pracy dostaję 1.200.000 miesięcznie, chociaż dostałem srebrny krzyż zasługi i złotą i srebrną odznakę honorowego kinooperatora. Do tej pory z największą nostalgią wspominam jednak czasy kiedy do wsi z WIDZIADŁEM przyjeżdżałem.

Druga część opowieści, już o życiu osiadłym to już zupełnie inna historia. Małżeństwo, dzieci, wnuki, rozwód, kino stałe, dom kultury, narodziny i pogrzeby...







108. Tribute to Marian. Film z 2002 r. który nagralismy z Jarkiem Cibailemna na 50-lecie pracy kinooperatora Mariana Joppa. Film nagrany został na taśmie VHS. W 2007 r. na 55-lecie pracy p. Mariana został przemontowany przez Władysława Nielipińskiego. W filmie p. Marian opowiada o swojej 20-letniej pracy w kinie objazdowym. Odwiedzał regularnie z kinem objazdowym 108 miasteczek i wsi w powiecie wągrowieckim przez całe lata 60-te i 70-te XX w.


*) Fragmenty wiersza Osipa Mandelsztama z 1913 roku Kinematograf w tłumaczeniu Marii Leśniewskiej...

 Kinematograf
Kinematograf. Nędzna salka.
Sentymentalne podniecenie.
Hrabianka piękna jak marzenie,
l ścigająca ją rywalka.

..: Baltica :..

Czas nie istnieje

Bałtyk, sierpień 2017. Skan negatywu 6x9 cm. Kodak Brownie Junior Six-20 Fizycy twierdzą, że czas  nie istnieja a matematycy, iż ...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy